sobota, 15 września 2012

Hi, how are you?

No hej, u mnie wszystko po staremu. Nadal brak motywacji, wciąż nie studiuję i nie pracuję, miałam dziś jechać do domu i teatru, ale dostałam migreny (właściwie to trwa ona od kilku dni, ale kto by się takimi szczegółami kłopotał) i w rezultacie siedzę na łóżku (obowiązkowo w piżamie) i wylewam swoje żale w Internecie, bo kto by tego marudzenia chciał słuchać. Wczoraj czy przedwczoraj, mniejsza o datę, i tak mi się już wszystko miesza, udało mi się za to zmusić się do grania na skrzypcach. Znaczy: "grania", bo tych żałosnych pisków, jakie wydobywałam z Padme, nikt zdrowy na umyśle graniem by nie nazwał. Właściwie, to nie wiem, po co ta dygresja o skrzypcach, miałam napisać, że siedzę i że jest mi cholernie zimno. Ale nie zamknę tego pieprzonego okna, bo inaczej zaczadzę się dymem z papierosa. Albo zaczną mi łzawić oczy, po raz pięćdziesiąty dzisiaj. Z resztą, to chyba nawet nie o taki rodzaj zimna chodzi. Raczej o ten, który lokuje się gdzieś w środku, a ty nie możesz się go pozbyć, zupełnie jak właściciel kamienicy, który nie interesował się przez długi czas swoją własnością nie może bez nakazu eksmisji wyjebać ze swego przybytku squotersów. Także kocyk czy herbatka niewiele tu dadzą.


Przez chwilę myślałam, że już przywykłam do coraz chujowszych wyników badań, ale jak widać - nie, nie przywykłam. To, że dziwne "ogniska" widoczne na rezonansie są coraz liczniejsze, nie było wystarczającym goździem do trumny, ktoś (nie wiem sama - Bóg? Parki? Los?) musiał mi jeszcze dojebać do pieca, że to "zmiany demielizacyjne". No cóż, trzy (cztery? a może pięć?) dni temu odebrałam wyniki najnowszych badań. Nawet się nie rozpłakałam, kupiłam sobie za to duże ilości ciasta naraz i włączyłam pocieszną muzykę, do której podobno da się tańczyć. Ciasto wpierdoliłam, trochę się z Michałem pośmiałam, wysłuchałam podczas jednej rozmowy telefonicznej sto razy teorii mojej mamy ("Niezbadane są wyroki boski, a przecież doktor K. mówi, że to wcale nie musi być to, co myślisz") i tyle. Dopiero dzisiaj mnie siekło. Lodowata świadomość ściskająca trzewia. A więc jednak? To już się zaczęło? To już zaczynam rozumieć, skąd te migreny. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę dotrzymam danego sobie słowa i popełnię samobójstwo przed trzydziestką. Pod warunkiem, że do tego czasu będę jeszcze w stanie samodzielnie palnąć sobie w łeb jakąś zjawiskową łopatą, ewentualnie ogolić sobie żyły. Bo z moim szczęściem do lekarstw przez te kilka lat zdążę sobie wytworzyć odporność na środki nasenne, tak jak się to stało z tabletkami przeciwbólowymi. Wspominałam o tym kiedyś? Żeby najsilniejszy dostępny bez recepty lek przeciwbólowy na mnie zadziałał, muszę łyknąć co najmniej trzy tabletki. Przy czym trzy to limit dobowy dla normalnego człowieka. Podobno większość ludzi po jednym takim tabsie cierpi na silny ból żołądka. A mnie nic. Walnę sobie z pięć czy sześć tabletek i hajla bajla, żołądek nie boli, boli za to to, co wolałabym, żeby nie bolało. Ale stop, bo już się zbyt zapędziłam w dywagacje zdrowotne, jak jakaś staruszka spod kościoła.

No i zgubiłam się. Po raz kolejny. I to nie tylko w labiryncie słów, których zawsze na podorędziu mam zbyt dużo, ale także w swoim życiu. Wrzesień już, a ja nadal nie wiem, czy chcę zostać we Wrocławiu i studiować to, co kompletnie mnie nie interesuje (w dodatku zaczynając drugi rok już po raz trzeci), czy też wrócić do rodzinnego zadupia, by studiować coś, co nie interesuje mnie tylko trochę, ale za to przebywać non stop z rodziną, która - choć kochana, w końcu to rodzina - w mniej niż tydzień mnie wkurwi do tego stopnia, że będę gryźć ściany i płakać z nienawiści. To jak? Co wybrać? A może zabrać wszystkie manatki i pojechać gdzieś w pizdu, karmić fiordy w Norwegii albo oswajać misie grizzly w Kanadzie. Pracować na poczcie jak Bukowski, a potem wszystko przejebać w barze. Właściwie mogłabym się wtedy nauczyć grać w pokera, ta gra wydaje mi się bardzo ciekawa. W tak zwanym międzyczasie mogłabym pisać opowiadania dla prawdziwych zboczeńców, ostatnio mam niezłą wprawę w pisaniu scen erotycznych. I nawet nie są aż tak chaotyczne, jak moja paplanina tutaj. Ach, dygresje, dygresje. Na bierzmowaniu powinnam była sobie wziąć imię Dygresja, ładnie by się ze mną komponowało.

No nic, posmęciłam, pomarudziłam, idę dalej zamulać przy smutnej japońskiej muzyce.


W zamku po cichu więdnącym
W czasach spragnionych przemian
Ja w kolorze popiołu
 Po prostu powoli zaczynam znikać

Potrzeba śmierci

Gromadzę gwiazdy
Budując zamek z piasku
Moje maleńkie życzenie
Przelewający się, upadający
Ów dźwięk stóp
Na który czekam w spokoju

Świat ciemności...
Świat ciszy...

niedziela, 15 kwietnia 2012

Egzystencjalny krzyk

Nie mogę się uwolnić od tej piosenki:


Najprawdopodobniej dlatego, że melodia i ekspresja Satoshiego (wokalisty) doskonale współgra z moim obecnym (od jakiegoś już czasu) nastrojem. A i samo przesłanie (chociaż strasznie denerwują mnie błędy w tłumaczeniu) też wgniata. Szklanka jest w połowie pełna czy w połowie pusta? Rodzimy się, by żyć, czy rodzimy się, by umrzeć? Zadawanie sobie tego typu pytań jest bez sensu i może doprowadzić do szaleństwa każdego człowieka. Tylko po co? Szklanka nie jest pełna w połowie, jest pełna całkowicie: pięćdziesiąt procent wody, pięćdziesiąt powietrza. Rodzimy się by żyć, a potem umrzeć. Właściwszym byłoby więc pytanie, co zrobić z tym swoim życiem i jak tego dokonać?


Jak przystało na zdołowanego egoistę skupionego na sobie i swoich problemach, także tych wyimaginowanych, odnoszę wszystko za bardzo do siebie. Przewrażliwiona? Kto, ja? Wiem, że tekst tego utworu tyczy się bardziej ogólnych spraw, ale początek jak najbardziej odzwierciedla myśli, którymi się ostatnio truję, a na które nie umiem nic poradzić. Jedni ludzie blakną przez innych ludzi – wydaje mi się być teraz dużo bardziej prawdziwe, niż kiedykolwiek. Choć myślę, że należałoby to uzupełnić jeszcze o: oraz przez siebie samych i swoje lęki.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Mury



„Piekło to inni”. (Sartre)

Jako niezbyt zdrowa enneagramiczna siódemka, albo po prostu siódemka z lekkim antyspołecznym odchyłem w postaci socjofobii, zgodziłabym się z tym twierdzeniem w niemal każdych warunkach. Ale nie dziś. Dziś siedzę w swoich czterech ścianach, zamiast ze znajomymi w barze. Cały frustrujący dzień w domu, zamiast jechać przywiezionym wczoraj rowerem na zajęcia. Tyle kłopotu z tym przecież było! I mi to w ogóle nie przeszkadzało. Jeszcze wczoraj miałam tyle nadziei, energii i planów! Dzisiaj  – zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Siedzę, słucham muzyki i powstrzymuję łzy, bo z jakiegoś powodu ogarnia mnie panika. A zamiast Sartre'a, lepiej mi dziś cytować starego, dobrego Ryśka, za którym nigdy specjalnie nie przepadałam, a który za to w pełni wyczerpuje temat:

Samotność to taka straszna trwoga,
 Ogarnia mnie, przenika mnie
.

Samotność w tłumie. Zdawałoby się, że dookoła mnie jest tylu ludzi, znajomych i przyjaciół, ale tak naprawdę, to ciągle jestem tu sama. Jak The Loneliest Whale in the world.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Święta raz do roku są

Właśnie miałam się poużalać nad smutną dolą dziecięcia wracającego ze studenckiej emigracji na łono rodziny, ale nagle zorientowałam się, że pokój, który dzielę z bratem, opustoszał na trochę, nie muszę więc siedzieć dłużej w kuchni, która – choć przestronna i naprawdę ładna, ładna w stylu rustykalnym, więcej dobrego niestety wyłuskać nie umiem – od kilku dni bywa moim dość wybrakowanym azylem. Jedynym jej (kuchni) plusem jest to, że przeważnie nikogo tam nie ma. I tyle. Drzwi, niestety, również nie ma, nic więc nie izoluje dźwięków telewizora z sąsiedniego pokoju tzw. stołowego, który pełni funkcje jadalni, salonu i sypialni moich rodziców jednocześnie, a wszystko to na naprawdę niewielkiej powierzchni, Chińczycy i Japończycy powinni uczyć się sztuki aranżacji wnętrz od mojej mamy, żadne feng shui nie da ci tyle satysfakcji.

Siedzę więc na nieziemsko niewygodnym fotelu sypialnym (rozkładane łóżko, model dla studentów, młodych małżeństw lub rodzin z małym metrażem, łapię się na wszystko poza środkową pozycją), jednym z dwóch mebli, którymi zastąpiono nasze (moje i brata) śliczne i niesamowicie wygodne łóżka z sosnowego drewna, na których spaliśmy tyle lat, a które zastąpiono w imię oszczędzania wspomnianego wcześniej nikczemnego metrażu oraz w celu zmodernizowania wystroju pomieszczenia, w którą to (modernizację) dość trudno mi uwierzyć, bo fotele wyglądają dość paskudnie. Równie paskudnie śpi się na jednym z nich mojemu tłustemu, sfatygowanemu ciału o niemoralnie krzywym i napierdalającym kręgosłupie, który to pion kostny po jednej „przespanej” na tym wybryku furnitury nocy napierdala mnie jeszcze bardziej.  Zaczynam się gubić, bo wróciła część rodziny, która uprzednio pomagała naszemu całodziennemu gościowi (chyba-dziewczyna brata) wymienić koło w samochodzie i znów zrobił się rwetes, gwar i harmider. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzę tak cudownie akustycznego mieszkania, w którym (uwaga, true story) po kichnięciu można usłyszeć staropolskie na zdrowie i podziękować, a potem zorientować się, że przecież w domu nikogo nie ma, a zdrowia życzy nam usłużny sąsiad zza ściany. Zaraz chyba znowu będę musiała się wynieść do kuchni, bo kochany braciszek zapewne lada moment wejdzie do pokoju (trzaskając drzwiami) i kulturalnie mnie poprosi (drąc mordę), żebym wyłączyła komputer, bo on ma na rano do pracy. I ekran mu w oczy świeci, a on spać nie może (brat, nie ekran).


Stopniowe deprecjonowanie

Ale właściwie to nie o tym chciałam pisać, choć niewątpliwie wszystko to wpisuje się w mój świąteczny kanon. Jakoś bym to przebolała może, gdyby święta miały dla mnie jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Niestety, od jakiegoś czasu nie mają. Może to wpływ zmiany trybu życia – była uczestniczka, a później przez jakiś czas nawet animatorka i precentorka oazy, która obecnie unika chodzenia do kościoła (lub po prostu zapomina o). Albo skutek codziennej, nienachalnej i zabawnej agitacji pewnego sarkastycznego ateisty, z którym zdarzyło mi się mieszkać, i wspólnego bluźnienia (Matka Boska Wolnostojąca, Matka Boska Nienawistna, Matka Boska Bezdzietna, Matka Boska Od Siedmiu Boleści etc., etc.). W każdym razie, jakoś tak się stało, że do kościoła chodzić mi się nie chce i strasznie dużo wątpię w to, w co kiedyś bezgranicznie wierzyłam, a słowa księży i zachowania przywódców religijnych, które były mi kiedyś przynajmniej obojętne, teraz mierżą mnie bardzo i bawią niesłychanie, do tego stopnia, że kiedy już w taki Wielki Piątek zdarzy mi się być na nabożeństwie, muszę użyć całej tej parodii siły woli, jaką posiadam, by nie parsknąć śmiechem lub nie nabawić się zakwasów mięśni oczu od przewracania powyższymi. Już samo przebywanie w kościele, które dawniej było dla mnie tylko odrobinę nudne, teraz wzbudza we mnie tak ogromną niechęć, że wolę się (tak jak dzisiaj) powłóczyć po mieście z (notabene, cholernie ciekawą) książką zadufanego w sobie artysty o szerokim spektrum myślenia, niż przesiedzieć-przestać-przeklęczeć te czterdzieści minut mszy.

Najbardziej wkurzające jest to, że cała ta sytuacja jest stanem zawieszenia. Jeszcze żaden ateista nie przekonał mnie całkowicie o słuszności swojej niewiary. Z drugiej strony, nic, co powie mi jakikolwiek chrześcijanin, nie przywróci mi wiary w instytucję kościoła. W Boga chyba nadal wierzę. Chyba – no bo skąd mam mieć pewność, czy to naprawdę wiara, czy też tylko wpojony mi dawno temu zbiór dogmatów, do którego się przyzwyczaiłam? Chciałabym, żeby ktoś już mnie do czegoś przekonał. Albo nawet zdecydował za mnie. Wóz albo przewóz, a nie taka inercja. Może mógłby mi coś wyjaśnić Nietzsche, Cioran, Kołakowski, mistyczny Słowacki czy kto tam jeszcze, ale, jak już wspomniałam, moja siła woli jest jedynie krwawą kpiną i nie jestem w stanie zmusić się do czytania tworów, które nie są mdłą papką dla nastolatek. Chociaż, skoro już przy tym jesteśmy, nawet ta gałąź przemysłu rozrywkowego, jaką są chłamowate książki dla mrocznych trzynastek, nie zapewnia mi już dziennej dawki bezpiecznego oderwania od rzeczywistości. Na moje szczęście i nieszczęście, w porę i nie w porę (że tak pozwolę sobie zadworować z poety Tkaczyszyna-Dyckiego z tych Dyckich) przypomniałam sobie o istnieniu anime (fakt, że tych ciekawych i z dobrą kreską jednocześnie zaczyna mi brakować, to już materiał na inny elaborat o moich zmartwieniach). Wracając do ambitnych czytadeł (choć tu się ze mną zgodzą jeno nieliczni, znaczy – z samym założeniem, że poezja to dział literatury ambitnej, ale nie uprzedzajmy faktów) – wierszy też już nie czytam, nie licząc tych nielicznych przypadków, kiedy muszę zrecenzować książkę. Nie umiem tego pojąć na pierwszy rzut oka, a jakoś niczyja dykcja nie interesuje mnie na tyle, żeby spróbować rzucić drugi raz, zwłaszcza, że wzrok już nie ten. Jeśli już pada mi na mózg i dobrowolnie biorę się za poezję, słowa natchnionych poetów lub przyjebanych wierszokletów są dla mnie jak miedź brzęcząca lub jako cymbał brzmiący. W sensie  – wszystko ładnie, zgrabnie brzmi, ale sensu nie ma w tym za grosz.


„Kumoterstwo i profitariat” w wersji deluxe


Tych ostatnich – czyli cymbałów – nasłucham się pewnie sporo na nadchodzącym Porcie Literackim. Witaj, z dawna oczekiwany festiwalu osobliwości! Wprost nie mogę się doczekać tych zadufanych, alternatywnych i aroganckich osobistości. Potem osobistości i prawdziwi artyści (z tych ostatnich teraz nie szydzę, dlatego czuję się w obowiązku dodać ten przypis) się schleją i będą sobie schlebiać i uwłaczać, dusząc się w sosie swojej zajebistości w którejś z knajp. A my, maluczcy widzowie i słuchacze, razem z nimi, potakując lub uciekając wzrokiem. Więc dlaczego tak? Dlaczego tam idziemy, rok po roku, wiedząc, co zastaniemy? No cóż, nie mogę mówić za innych, napiszę więc za siebie, choć to się pewnie pokrywa. Żeby posłuchać na żywo tych dwóch-trzech autorów, którzy naprawdę mnie interesują, i żeby poczuć się ambitnie, elitarnie i inteligentnie. Ho ho, Zosiu, a czy ty wiesz, gdzie ja wczoraj byłam? Nie? To ci powiem, posłuchaj tylko! Na festiwalu literackim! Prawdziwych literatów widziałam! O, i tych nieprawdziwych też! Ale wiesz, Krysiu, i jedni, i drudzy, to tacy pretensjonalni są. He, he. No, ale nic  to, trochę kultury łyknęłam, świata zaznałam, na salonach byłam! Trzeba się odchamiać, he, he. A ta X, no wiesz, ta co ostatnio Konkurs Y wygrała i swój tomik wydaje... Ty wiesz co? Ta to dopiero jest sucza! Że niby taka fafa-rafa, a jak się odwrócisz, to zaraz ten-teges...


Dowartościować się. Choć raz na jakiś czas, zwłaszcza po Wielkanocy, której nigdy nie lubiłam, a którą teraz przestałam nawet darzyć szacunkiem (zwłaszcza odkąd popłynęłam z falą uwielbienia dla filmów o zombie). Btw. kiedy słyszę zwrot „odchamiać się” mam ochotę pluć, palić, grabić i mordować. Jak jesteś takim chamem, to oglądanie wystawy sztuki nowoczesnej albo koncert w filharmonii nie pomoże ci w wyplenianiu nawyków złego wychowania, takich jak niemówienie proszę czy dziękuję itp., bo chamstwo nie sprowadza się do nieobycia z kulturą w postaci wydarzeń artystycznych (choć niewątpliwie jest to część definicji).

poniedziałek, 27 lutego 2012

Is that alright?

I give my gun away when it's loaded,
If you don't shoot it, how am I supposed to hold it?
Damien Rice, „9 crimes”

Od jakiegoś czasu czuję, że tracę kontrolę nad swoim życiem. Przez kilka godzin nie mogę zasnąć, a jak już to zrobię, to nie mogę się obudzić, choćbym nie wiem ile budzików ustawiła. Kiedy już jakimś cudem się obudzę na czas, żeby np. pójść na zajęcia albo zdążyć coś załatwić na mieście, nie mogę się zebrać, żeby chociażby się ubrać. Odwlekam wszystko do momentu, aż jest już za późno na zrobienie czegokolwiek pożytecznego. Żadnej nauki, grania lub śpiewania, żadnego sprzątania, gotowania, wynoszenia śmieci. Nawet nie zadzwonię po pizzę, bo boję się rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza przez telefon. W ogóle zrobienie jakiejkolwiek rzeczy poza zapaleniem papierosa i układaniem kolejnych pasjansów zdaje się ostatnio mnie przerastać. Za mną cała seria porażek, które ciągle rozpamiętuję, przede mną natomiast szereg spraw czekających na rozwiązanie. Piętrzy się przede mną stos zaległych zobowiązań, a im bardziej próbuję się zmusić do wypełnienia choćby jednego, tym bardziej nie jestem w stanie się do tego zmobilizować.

Przestałam spotykać się z innymi ludźmi, wyjątkiem jest tylko Michał, ale przecież mieszkamy razem. Na początku nawet jakoś usprawiedliwiałam swoją nieobecność na spotkaniach towarzyskich: mówiłam, że boli mnie głowa (i chyba faktycznie zaczynała mnie wtedy boleć, chociaż pewności nie mam) albo że nie zdążę (nic dziwnego, skoro całymi dniami siedzę w piżamie i nie jestem w stanie wysłać się do łazienki, żeby umyć głowę). Teraz mówię tylko: nie chce mi się, za daleko. Albo: nie chce mi się, jest już późno, a jutro muszę wcześnie wstać, bo mam zajęcia rano. A potem na te zajęcia nie idę. Bo najpierw nie jestem śpiąca, potem nie mogę zasnąć, następnie budzę się dużo za wcześnie i znów nie mogę zasnąć, po czym zasypiam i budzę się koło południa albo jeszcze później. I choćbym nie wiem jak długo spała, ciągle jestem śpiąca. Oczywiście, z wyjątkiem godzin, kiedy normalni ludzie śpią.

Płaczę bez powodu. Za chwilę jestem czymś podekscytowana. Podekscytowanie zamienia się w niepokój.
Pieprzona huśtawka.

Wczoraj wróciłam z odwiedzin w domu. Kiedyś jeździłam tam co dwa tygodnie albo co tydzień. Ostatnio ten czas wydłużył się do miesiąca albo dwóch. Zawsze znajdzie się jakaś wymówka w ostatniej chwili. Moja mama bardzo się zdziwiła, kiedy przyjechałam – mimo mojego telefonicznego zapewnienia, że przyjadę – bo przecież co tydzień mówię, że przyjadę, a potem mi coś wypada, więc już nawet nie wierzyła w moje zapewnienia.

Co się ze mną, do kurwy nędzy, dzieje?

poniedziałek, 13 lutego 2012

Dzień dobry, do widzenia



Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak możemy być nimi jutro?
Phil Bosmans


Good morning

Każdego dnia mówimy sobie, że dzisiaj będzie lepiej. Że zrobimy to, co mieliśmy zrobić wczoraj, zaplanujemy lepsze jutro, powiemy bliskim, jak bardzo nam na nich zależy, poprawimy swoje zachowanie, wyeliminujemy wady. A potem albo marnujemy ten piękny, wspaniały dzień przez nicnierobienie, albo śpieszymy się tak bardzo ze wszystkim – jak w tym dowcipie o budowlańcu, który biegał po budowie z pustą taczką, bo miał taki zapieprz, że nie miał kiedy jej załadować – że nie wystarcza nam już czasu na zrealizowanie swojej to-do listy. A najśmieszniejsze w tym jest to, że za każdym razem wierzymy, że naprawdę uda nam się coś zmienić.

I czasem coś zmieniamy. Niektórzy wypracowują sobie silną wolę, inni zaś rodzą się z „tym czymś”, co pozwala im wytrwać w raz obranym kierunku. Ja należę do trzeciej grupy, która nazywa się obiecanki-cacanki.

Słomiany zapał

Czasem zdarza się coś, co jest impulsem popychającym nas do czynu. Dzisiaj na przykład stłukłam szklankę, co zmobilizowało mnie do odkurzenia (nareszcie) swojego pokoju. O ile znam siebie, nie zrobiłabym tego jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, zawsze odkładając tę czynność na jutro. Fajnie jest mieć porządek, więc ilekroć jakimś cudem posprzątam, rozglądam się z zaskoczeniem po mieszkaniu i postanawiam robić to regularnie, albo jeszcze lepiej – postanawiam nie bałaganić. Ale po kilku dniach entropia otoczenia jakoś tak samoistnie wzrasta i postanowienie idzie się kochać.

Tak samo jest z przejściem na dietę, ćwiczeniami, nauką, odpisywaniem na maile i smsy od razu albo czytaniem ambitnych książek czy choćby lektur. Nie zawsze jest to olewatorstwo, czasem to tylko „skleroza”, ale to przecież żadna wymówka.

Skrajnym przypadkiem takiego bodźca jest uświadomienie sobie pewnej istotnej i wręcz banalnej prawdy, która jednak za rzadko do nas dociera: życie jest kruche i krótkie. Możesz natknąć się na pijanego kierowcę, odkryć, że masz raka, poślizgnąć się na oblodzonych schodach i skręcić kark czy co tam jeszcze.

Ja pewnego dnia zaczęłam tracić wzrok.

Restart

Przez kilka dni strasznie bolało mnie oko. Bolało w sposób cholera-trzeba-było-tyle-nie-pić-i-wcześniej-pójść-spać. Że coś jest nie tak, zorientowałam się dopiero, gdy podczas czytania moje oko w miejscu niektórych liter widziało spacje. Jak każdy normalny użytkownik Internetu, zaczęłam szukać w Google’u rozwiązania zagadki. Zwykle człowiek znajduje u siebie co najmniej piętnaście rzadkich chorób, wpada w panikę, idzie do lekarza pierwszego kontaktu i tam zostaje zrugany za wmawianie sobie i lekarzowi głupot, po czym dostaje maść na krosty i po paru dniach zapomina, że wykrył u siebie żółtaczkę typu C i zaawansowanego czerniaka.

Mając to na uwadze, czekałam, aż mi przejdzie, choć miałam też pewną teorię, że może to początkowe stadium  pozagałkowego zapalenia nerwu wzrokowego. Kto siedzi w temacie, wie, czym ono się zazwyczaj kończy. Dużo wtedy spałam („na pewno jesteś przemęczona, przecież tyle siedzisz przy komputerze i ciągle coś czytasz, a do tego chodzisz spać nad ranem”). A potem moje oko zaczęło mi przypomniać brudną szybę pociągu, z każdą godziną coraz bardziej, aż w końcu przestałam na nie widzieć. Poszłam do okulisty, przepisany lek nie zadziałał i trafiłam do szpitala, gdzie zgodnie z prawem Murphy’ego, wszystko szło na opak: testy nic nie wykrywały, pielęgniarki nigdy nie mogły mi się wkłuć w żyłę i dawały mi szkodliwy lek przeciwbólowy, choć nic mnie nie bolało, a rezydentka, która mnie na początku prowadziła, była chyba sadystką (co ujawniło się przy pierwszym badaniu neurologicznym, gdy pieprznęła mnie młotkiem w kolano tak mocno, że przez dwa dni miałam kłopoty z chodzeniem) i do tego nie umiała mi zrobić punkcji lędźwiowej, co zrozumiała dopiero po czterech nieudanych wkłuciach.

W końcu lekarze nic nie znaleźli i musieli dojść do tego samego wniosku, do którego ja doszłam trochę wcześniej na podstawie wiadomości z Wikipedii. Dostałam odpowiednie kroplówki i wypisano mnie ze szpitala. Widzę normalnie, ale nadal mogę być chodzącą bombą zegarową. A właściwie mój układ nerwowy może nią być. I tak sobie żyję, czasami w strachu, że pewnego dnia po kontrolnym rezonansie magnetycznym okaże się, że jednak mam stwardnienie rozsiane i będę dla wszystkich ciężarem.

Słomiany zapał to jednak wspaniała rzecz: przez miesiąc jesteś na diecie i codziennie robisz brzuszki, żeby schudnąć, a potem dajesz sobie z tym spokój. Albo przez dwa dni martwisz się potencjalną chorobą i w tajemnicy przed wszystkimi wypłakujesz sobie oczy, żeby później strach zelżał i dał się zepchnąć w głąb umysłu do momentu, kiedy znowu sobie uświadomisz, że życie jest krótkie i trzeba się nim cieszyć, póki jest po temu okazja.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Uwierzyć w siebie?

„I'm not a fighter. I'm a quiter.
 My whole family was.”
Bernard Black from Black Books



Jestem strusiem


Uciekam myślą od myśli, że uciekam, odkąd tylko pamiętam.
Uciekam od wszystkiego. Taki już ze mnie tchórz. Ale najwyższy czas przyznać się do tego przed sobą: nie jestem odważna, choć zawsze chciałam tak o sobie myśleć – jako o dzielnej bohaterce, która bez lęku stawia czoła przeciwnościom i z podniesionym czołem czerpie z życia wszystko, co ma ono do zaoferowania.

Ale nie czerpię. Nie uwalniam swojego potencjału. W mojej wyobraźni jest on gigantyczny: jeśli tylko się przyłożę, mogę być najlepszą studentką na roku, wystarczy tylko chodzić na zajęcia i słuchać, niczego nie zaniedbywać, nie być takim pieprzonym leserem. Może nawet mogłabym dostać stypendium? Już raz dostałam. W szóstej klasie. Niewielkie – ledwie czterysta złotych minus podatek – ale na futerał do wiolonczeli wystarczyło. Na futerał do tej wiolonczeli, na której grałam przez pół roku. Później się, oczywiście, przestraszyłam i zrezygnowałam ze szkoły muzycznej. Potem przez kolejne sześć miesięcy wyrzucałam sobie od idiotek, bo zrozumiałam, że granie sprawia mi wielką przyjemność, ba! może być nawet moim życiowym powołaniem. Do tej pory tak myślę. Dlatego byłam niezwykle wdzięczna mojemu tacie, gdy poszedł do dyrekcji szkoły i wszystko odkręcił. Wciąż nie mam pojęcia, jak to zrobił, i pewnie nigdy się nie dowiem, bo jestem tchórzem. Mój tata nie jest. Założę się, że sporo wtedy nakłamał, zgonił winę na jakieś wyimaginowane problemy rodzinne, może nawet na siebie.


Strach ma wielkie oczy


Do szkoły muzycznej próbowałam się dostać już w przedszkolu. Ubraną w białą (strasznie drapiącą) bluzkę i krótką, czerwoną spódniczkę w białe groszki zaprowadzono mnie na zajęcia przygotowawcze, a jakiś czas później na egzamin wstępny. Jedyne, co miałam zrobić, to rysować uśmieszki, gdy nauczycielka grała melodię wesołą (tonacja durowa) i smutne minki, gdy grała smutną (tonacja molowa). Rysowałam ołówkiem. Pomyliłam okienka i dobrze o tym wiedziałam. Wystarczyło poprosić kogoś o gumkę do mazania, żeby naprawić swój błąd. Ale za bardzo się bałam, by to zrobić. Nie zdałam. Byłam na liście rezerwowych w klasie fortepianu. Wiele lat później poznałam dziewczynę, która wtedy zajęła moje miejsce. Bardzo sympatyczna, choć wtedy, gdy byłam pięciolatką, nienawidziłam jej z całego mojego malutkiego serduszka. Ta dziewczyna, czy może raczej dziewczynka, po pół roku nauki zrezygnowała na dobre. Ale dla mnie było już za późno, przynajmniej na fortepian. Zaoferowano mi natomiast miejsce w klasie skrzypiec, ale ja nie chciałam na nich grać, chciałam przecież grać na pianinie. Rodzice mnie nie zmuszali, a szkoda. Bo teraz kocham skrzypce. Uwielbiam ich dźwięk, ich wygląd. Kocham je dotykać. Mam teraz własne, od jakiegoś miesiąca. Byłam nawet na pierwszej lekcji, w czasie której okazało się, że robię bardzo szybkie postępy. Cóż za ironia. Teraz mogłabym być zawodowym muzykiem. Kształcić się w Akademii Muzycznej. Grać w zespole. Cokolwiek.

Po kilku latach spróbowałam ponownie. Tym razem, zamiast do maleńkiej klasy pełnej tamburynów, marakasów, bębenków i dzwonków, zaprowadzono nas do auli ze sceną, która wówczas wydawała mi się ogromna. Należało obrysować kółkiem odpowiednie obrazki. Nie pamiętam dokładnie, o co chodziło, ale system był zbliżony do tego z poprzedniego razu. Bardzo się pilnowałam, by się nie pomylić, ale jakoś przeoczyłam fakt, że w którymś momencie przeskoczyłam o jedną linijkę. Gdy się zorientowałam, mogłam jeszcze wszystko poprawić. Naprawdę. Ale znowu okazałam się tchórzem. Nie poprosiłam o drugą kartkę, nie zgłosiłam swojej pomyłki. Szansa gry na fortepianie albo flecie (tym razem poszerzyłam swoje horyzonty) znów przepadła.


Grunt to ambicja

Na jakiś czas odpuściłam sobie szkołę muzyczną. Chodziłam do podstawówki, co jakiś czas miałam nową najlepszą przyjaciółkę. Dzięki jednej z nich – dziś już nie umiem nawet powiedzieć, jak jej było na imię; Patrycja? Asia? – zawędrowałam do szkolnego zespołu wokalnego. Tam też zmarnowałam swoją szansę. Na próbie mogłam zaśpiewać solo fragment „Czerwonego jabłuszka”, który wychodził mi doskonale. Ale byłam tak stremowana, że nie mogłam wydusić z siebie żadnego dźwięku, a kiedy już to w końcu zrobiłam, wcale nie brzmiało to jak śpiew. Och, nie zrozumcie mnie źle: nie fałszowałam. Po prostu śpiewałam za cicho, by można mi było dać solówkę. Kiedy trema mi przeszła, nie poprosiłam pani Danuty o danie mi drugiej szansy. To była wspaniała kobieta: ładna, wesoła, o ślicznym głosie. I dlatego mnie przerażała. Nadal boję się odzywać do osób, które skrycie podziwiam. I dlatego zwykle mają mnie za tępaka.

Z wstąpieniem do zespołu wokalnego zbiegło się też wstąpienie do zespołu instrumentalnego, również prowadzonego przez panią Danutę. Grałam na flecie, znacie ten typ: drewniany albo plastikowy, z ośmioma dziurkami, na jakim się gra na muzyce w podstawówce czy gimnazjum, w dodatku zaledwie raz na ruski rok. Niespecjalnie mi to szło, dlatego kazano mi grać na dzwonkach chromatycznych (zwanych potocznie cymbałkami), w końcu  – co w tym trudnego? Trzeba być nie lada cymbałem, żeby nie trafić pałeczką w sztabkę. Jednak to było dla mnie za mało, prawie wszyscy z zespołu chodzili do szkoły muzycznej i grali na jakichś wypasionych instrumentach, jak na przykład pianino, skrzypce czy gitara, a nie jakieś tam cymbałki-srymbałki. Razem z kolegą z klasy (którego jeszcze do niedawna uważałam za głupka i którego z dziką radością tłukam teczką po głowie, dopóki nie zmądrzał i nie zaczął mi oddawać) postanowiliśmy zdawać do szkoły muzycznej. Nie wybrałam ani fortepianu, ani fletu czy skrzypiec. Chciałam grać na wiolonczeli, którą byłam zafascynowana, odkąd mój starszy o cztery lata brat, który miał wtedy świra na punkcie heavy metalu (codziennie oglądał koncertówkę Iron Maiden, czym doprowadzał mnie do szału) przyniósł do domu kasetę z najlepszymi kawałkami Apocalyptiki.


Nie każde kłamstwo jest złe?

Tym razem siedzieliśmy w maleńkiej klasie i robiliśmy to, co za pierwszym razem: rysowaliśmy buźki. Potem powtarzaliśmy melodie i wyklaskiwaliśmy rytm. I wiecie co? Tym razem oszukiwałam. Nie chciałam kolejnej koszmarnej pomyłki, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, ja z niej skorzystałam. Wypełniałam wszystko zgodnie z moim przekonaniem, ale na wszelki wypadek konsultowałam się także z kartką, którą nieuważna nauczycielka stojąca przy mojej ławce trzymała tuż nade mną. Poszło wyśmienicie. I nie żałuję tego małego kłamstewka. Ono było dobre. Bo inaczej mogłabym znowu się przestraszyć, spanikować i chlapnąć jakiś okropny błąd, a dzięki temu małemu oszustwu mogłam kontrolować sytuację i przestać się bać. Kolega nie miał tyle szczęścia, co ja; poległ przy klaskaniu. Powiedzieli mu, że nie ma za grosz wyczucia rytmu i nigdy nie dostanie się do szkoły muzycznej.

Zmierzam do tego, by samej sobie udowodnić, że jestem strasznym tchórzem. Te wszystkie rzeczy związane z muzyką to tylko jeden z nielicznych przykładów, które mogłabym tutaj mnożyć i mnożyć, ale obawiam się, że nie wystarczyłoby mi na to czasu. Dobrze mi szło granie i sprawiało mi radość, zwłaszcza po tym spektakularnym powrocie córki marnotrawnej. Ale potem zaczęły się schody  – nasza kochana nauczycielka instrumentu głównego przeszła na emeryturę, a nam przysłano jakiegoś babochłopa z Wrocławia, który wiele wymagał, a w niczym nie pomagał. Przynajmniej wtedy tak sądziłam. Jakoś przebrnęłam przez trzecią klasę pierwszego stopnia. A potem  –  zdaje się, że miałam coś koło szesnastu czy siedemnastu lat  – znalazłam chłopaka. Z początku byłam w nim bardzo zakochana, ciągle się całowaliśmy i chodziliśmy na spacery. Kosztem szkoły muzycznej, w której zajęcia odbywały się po południu.


Przewagarowałam ostatnią klasę, przeżyłam upokorzenie na egzaminie technicznym w połowie semestru, obiecałam sobie i nauczycielom poprawę, a potem znowu wagarowałam. Kilka dni przed egzaminem końcowym zrezygnowałam całkowicie.  I, jak się zdaje, nieodwołalnie. Boże, jaka ja byłam głupia. Żeby zrobić coś takiego przez chłopaka? Wiem, że to co teraz napiszę, w ogóle mnie nie usprawiedliwia, ale może znajdę choć jakąś okoliczność łagodzącą. Miałam za dużo zajęć. Chciałam robić wszystko (z wyjątkiem sportu, w tym zawsze byłam kiepska), więc robiłam wiele, ale wszystko na pół gwizdka. Dwie szkoły, harcerstwo, oaza, schola, kółko teatralne, kółko plastyczne, konkursy i olimpiady, nawet wkręciłam się w fotografię. Nie miałam czasu dla chłopaka. Dlatego, zamiast zrezygnować z czegoś mniej ważnego, zaczęłam wagarować. Bo myślałam, że sobie poradzę. Że mam taki zajebisty potencjał, że mogę wszystko.


Lizanie ran


Ale nie mogłam. Bo talent to nie wszystko, talent trzeba jeszcze oszlifować. Trzeba ćwiczyć, uczyć się, szkolić: „praktyka czyni mistrza” nie jest tezą wyssaną z palca. Więc nawet jeśli twój potencjał jest lub choćby wydaje się być wielkim rycerzem w lśniącej zbroi i na złotym rumaku, takim, który z niejednym smokiem da sobie radę  – dbaj o niego. Bo ani się obejrzysz, jak zacznie chorować, opadnie z sił i zestarzeje się, aż na końcu będzie już tylko rozmemłanym staruszkiem cierpiącym na artretyzm, który ślini się i sepleni, a na banana woła „jup! jup!”.

Jestem tchórzem. Nie wróciłam do szkoły muzycznej drugi raz, bo byłam zbyt wystraszona (co ludzie powiedzą?!) i zbyt dumna (nie dam tej suce satysfakcji!), a wystarczyło tylko złożyć jeszcze raz papiery, by dać sobie szansę i uwolnić potencjał. Teraz już za późno, jestem za stara do szkoły muzycznej. Łudzę się, że kiedyś sobie kupię wiolonczelę, że jeszcze będę z niej wydobywać słodkie tony i rzewne melodie, ale tak się nie stanie. Może będę kiedyś grać znośnie na skrzypcach, ale z kolei na to jeszcze za wcześnie. Nie dam rycerzowi spaść z konia. A jeśli przypadkiem spadnie, pomogę mu się podnieść. Mimo że nie jestem fighterem. W przeciwieństwie do kolegi, który nie miał za grosz wyczucia rytmu i chciał grać na gitarze. Uparł się i jest teraz perkusistą-samoukiem. Naprawdę niezłym, i to nie tylko jak na osobę bez wyczucia rytmu.