Przez chwilę myślałam, że już przywykłam do coraz chujowszych wyników badań, ale jak widać - nie, nie przywykłam. To, że dziwne "ogniska" widoczne na rezonansie są coraz liczniejsze, nie było wystarczającym goździem do trumny, ktoś (nie wiem sama - Bóg? Parki? Los?) musiał mi jeszcze dojebać do pieca, że to "zmiany demielizacyjne". No cóż, trzy (cztery? a może pięć?) dni temu odebrałam wyniki najnowszych badań. Nawet się nie rozpłakałam, kupiłam sobie za to duże ilości ciasta naraz i włączyłam pocieszną muzykę, do której podobno da się tańczyć. Ciasto wpierdoliłam, trochę się z Michałem pośmiałam, wysłuchałam podczas jednej rozmowy telefonicznej sto razy teorii mojej mamy ("Niezbadane są wyroki boski, a przecież doktor K. mówi, że to wcale nie musi być to, co myślisz") i tyle. Dopiero dzisiaj mnie siekło. Lodowata świadomość ściskająca trzewia. A więc jednak? To już się zaczęło? To już zaczynam rozumieć, skąd te migreny. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę dotrzymam danego sobie słowa i popełnię samobójstwo przed trzydziestką. Pod warunkiem, że do tego czasu będę jeszcze w stanie samodzielnie palnąć sobie w łeb jakąś zjawiskową łopatą, ewentualnie ogolić sobie żyły. Bo z moim szczęściem do lekarstw przez te kilka lat zdążę sobie wytworzyć odporność na środki nasenne, tak jak się to stało z tabletkami przeciwbólowymi. Wspominałam o tym kiedyś? Żeby najsilniejszy dostępny bez recepty lek przeciwbólowy na mnie zadziałał, muszę łyknąć co najmniej trzy tabletki. Przy czym trzy to limit dobowy dla normalnego człowieka. Podobno większość ludzi po jednym takim tabsie cierpi na silny ból żołądka. A mnie nic. Walnę sobie z pięć czy sześć tabletek i hajla bajla, żołądek nie boli, boli za to to, co wolałabym, żeby nie bolało. Ale stop, bo już się zbyt zapędziłam w dywagacje zdrowotne, jak jakaś staruszka spod kościoła.
No i zgubiłam się. Po raz kolejny. I to nie tylko w labiryncie słów, których zawsze na podorędziu mam zbyt dużo, ale także w swoim życiu. Wrzesień już, a ja nadal nie wiem, czy chcę zostać we Wrocławiu i studiować to, co kompletnie mnie nie interesuje (w dodatku zaczynając drugi rok już po raz trzeci), czy też wrócić do rodzinnego zadupia, by studiować coś, co nie interesuje mnie tylko trochę, ale za to przebywać non stop z rodziną, która - choć kochana, w końcu to rodzina - w mniej niż tydzień mnie wkurwi do tego stopnia, że będę gryźć ściany i płakać z nienawiści. To jak? Co wybrać? A może zabrać wszystkie manatki i pojechać gdzieś w pizdu, karmić fiordy w Norwegii albo oswajać misie grizzly w Kanadzie. Pracować na poczcie jak Bukowski, a potem wszystko przejebać w barze. Właściwie mogłabym się wtedy nauczyć grać w pokera, ta gra wydaje mi się bardzo ciekawa. W tak zwanym międzyczasie mogłabym pisać opowiadania dla prawdziwych zboczeńców, ostatnio mam niezłą wprawę w pisaniu scen erotycznych. I nawet nie są aż tak chaotyczne, jak moja paplanina tutaj. Ach, dygresje, dygresje. Na bierzmowaniu powinnam była sobie wziąć imię Dygresja, ładnie by się ze mną komponowało.
No nic, posmęciłam, pomarudziłam, idę dalej zamulać przy smutnej japońskiej muzyce.
W zamku po cichu więdnącym
W czasach spragnionych przemian
Ja w kolorze popiołu
Po prostu powoli zaczynam znikać
Potrzeba śmierci
Gromadzę gwiazdy
Budując zamek z piasku
Moje maleńkie życzenie
Przelewający się, upadający
Ów dźwięk stóp
Na który czekam w spokoju
Świat ciemności...
Świat ciszy...
W czasach spragnionych przemian
Ja w kolorze popiołu
Po prostu powoli zaczynam znikać
Potrzeba śmierci
Gromadzę gwiazdy
Budując zamek z piasku
Moje maleńkie życzenie
Przelewający się, upadający
Ów dźwięk stóp
Na który czekam w spokoju
Świat ciemności...
Świat ciszy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz