poniedziałek, 27 lutego 2012

Is that alright?

I give my gun away when it's loaded,
If you don't shoot it, how am I supposed to hold it?
Damien Rice, „9 crimes”

Od jakiegoś czasu czuję, że tracę kontrolę nad swoim życiem. Przez kilka godzin nie mogę zasnąć, a jak już to zrobię, to nie mogę się obudzić, choćbym nie wiem ile budzików ustawiła. Kiedy już jakimś cudem się obudzę na czas, żeby np. pójść na zajęcia albo zdążyć coś załatwić na mieście, nie mogę się zebrać, żeby chociażby się ubrać. Odwlekam wszystko do momentu, aż jest już za późno na zrobienie czegokolwiek pożytecznego. Żadnej nauki, grania lub śpiewania, żadnego sprzątania, gotowania, wynoszenia śmieci. Nawet nie zadzwonię po pizzę, bo boję się rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza przez telefon. W ogóle zrobienie jakiejkolwiek rzeczy poza zapaleniem papierosa i układaniem kolejnych pasjansów zdaje się ostatnio mnie przerastać. Za mną cała seria porażek, które ciągle rozpamiętuję, przede mną natomiast szereg spraw czekających na rozwiązanie. Piętrzy się przede mną stos zaległych zobowiązań, a im bardziej próbuję się zmusić do wypełnienia choćby jednego, tym bardziej nie jestem w stanie się do tego zmobilizować.

Przestałam spotykać się z innymi ludźmi, wyjątkiem jest tylko Michał, ale przecież mieszkamy razem. Na początku nawet jakoś usprawiedliwiałam swoją nieobecność na spotkaniach towarzyskich: mówiłam, że boli mnie głowa (i chyba faktycznie zaczynała mnie wtedy boleć, chociaż pewności nie mam) albo że nie zdążę (nic dziwnego, skoro całymi dniami siedzę w piżamie i nie jestem w stanie wysłać się do łazienki, żeby umyć głowę). Teraz mówię tylko: nie chce mi się, za daleko. Albo: nie chce mi się, jest już późno, a jutro muszę wcześnie wstać, bo mam zajęcia rano. A potem na te zajęcia nie idę. Bo najpierw nie jestem śpiąca, potem nie mogę zasnąć, następnie budzę się dużo za wcześnie i znów nie mogę zasnąć, po czym zasypiam i budzę się koło południa albo jeszcze później. I choćbym nie wiem jak długo spała, ciągle jestem śpiąca. Oczywiście, z wyjątkiem godzin, kiedy normalni ludzie śpią.

Płaczę bez powodu. Za chwilę jestem czymś podekscytowana. Podekscytowanie zamienia się w niepokój.
Pieprzona huśtawka.

Wczoraj wróciłam z odwiedzin w domu. Kiedyś jeździłam tam co dwa tygodnie albo co tydzień. Ostatnio ten czas wydłużył się do miesiąca albo dwóch. Zawsze znajdzie się jakaś wymówka w ostatniej chwili. Moja mama bardzo się zdziwiła, kiedy przyjechałam – mimo mojego telefonicznego zapewnienia, że przyjadę – bo przecież co tydzień mówię, że przyjadę, a potem mi coś wypada, więc już nawet nie wierzyła w moje zapewnienia.

Co się ze mną, do kurwy nędzy, dzieje?

poniedziałek, 13 lutego 2012

Dzień dobry, do widzenia



Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak możemy być nimi jutro?
Phil Bosmans


Good morning

Każdego dnia mówimy sobie, że dzisiaj będzie lepiej. Że zrobimy to, co mieliśmy zrobić wczoraj, zaplanujemy lepsze jutro, powiemy bliskim, jak bardzo nam na nich zależy, poprawimy swoje zachowanie, wyeliminujemy wady. A potem albo marnujemy ten piękny, wspaniały dzień przez nicnierobienie, albo śpieszymy się tak bardzo ze wszystkim – jak w tym dowcipie o budowlańcu, który biegał po budowie z pustą taczką, bo miał taki zapieprz, że nie miał kiedy jej załadować – że nie wystarcza nam już czasu na zrealizowanie swojej to-do listy. A najśmieszniejsze w tym jest to, że za każdym razem wierzymy, że naprawdę uda nam się coś zmienić.

I czasem coś zmieniamy. Niektórzy wypracowują sobie silną wolę, inni zaś rodzą się z „tym czymś”, co pozwala im wytrwać w raz obranym kierunku. Ja należę do trzeciej grupy, która nazywa się obiecanki-cacanki.

Słomiany zapał

Czasem zdarza się coś, co jest impulsem popychającym nas do czynu. Dzisiaj na przykład stłukłam szklankę, co zmobilizowało mnie do odkurzenia (nareszcie) swojego pokoju. O ile znam siebie, nie zrobiłabym tego jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, zawsze odkładając tę czynność na jutro. Fajnie jest mieć porządek, więc ilekroć jakimś cudem posprzątam, rozglądam się z zaskoczeniem po mieszkaniu i postanawiam robić to regularnie, albo jeszcze lepiej – postanawiam nie bałaganić. Ale po kilku dniach entropia otoczenia jakoś tak samoistnie wzrasta i postanowienie idzie się kochać.

Tak samo jest z przejściem na dietę, ćwiczeniami, nauką, odpisywaniem na maile i smsy od razu albo czytaniem ambitnych książek czy choćby lektur. Nie zawsze jest to olewatorstwo, czasem to tylko „skleroza”, ale to przecież żadna wymówka.

Skrajnym przypadkiem takiego bodźca jest uświadomienie sobie pewnej istotnej i wręcz banalnej prawdy, która jednak za rzadko do nas dociera: życie jest kruche i krótkie. Możesz natknąć się na pijanego kierowcę, odkryć, że masz raka, poślizgnąć się na oblodzonych schodach i skręcić kark czy co tam jeszcze.

Ja pewnego dnia zaczęłam tracić wzrok.

Restart

Przez kilka dni strasznie bolało mnie oko. Bolało w sposób cholera-trzeba-było-tyle-nie-pić-i-wcześniej-pójść-spać. Że coś jest nie tak, zorientowałam się dopiero, gdy podczas czytania moje oko w miejscu niektórych liter widziało spacje. Jak każdy normalny użytkownik Internetu, zaczęłam szukać w Google’u rozwiązania zagadki. Zwykle człowiek znajduje u siebie co najmniej piętnaście rzadkich chorób, wpada w panikę, idzie do lekarza pierwszego kontaktu i tam zostaje zrugany za wmawianie sobie i lekarzowi głupot, po czym dostaje maść na krosty i po paru dniach zapomina, że wykrył u siebie żółtaczkę typu C i zaawansowanego czerniaka.

Mając to na uwadze, czekałam, aż mi przejdzie, choć miałam też pewną teorię, że może to początkowe stadium  pozagałkowego zapalenia nerwu wzrokowego. Kto siedzi w temacie, wie, czym ono się zazwyczaj kończy. Dużo wtedy spałam („na pewno jesteś przemęczona, przecież tyle siedzisz przy komputerze i ciągle coś czytasz, a do tego chodzisz spać nad ranem”). A potem moje oko zaczęło mi przypomniać brudną szybę pociągu, z każdą godziną coraz bardziej, aż w końcu przestałam na nie widzieć. Poszłam do okulisty, przepisany lek nie zadziałał i trafiłam do szpitala, gdzie zgodnie z prawem Murphy’ego, wszystko szło na opak: testy nic nie wykrywały, pielęgniarki nigdy nie mogły mi się wkłuć w żyłę i dawały mi szkodliwy lek przeciwbólowy, choć nic mnie nie bolało, a rezydentka, która mnie na początku prowadziła, była chyba sadystką (co ujawniło się przy pierwszym badaniu neurologicznym, gdy pieprznęła mnie młotkiem w kolano tak mocno, że przez dwa dni miałam kłopoty z chodzeniem) i do tego nie umiała mi zrobić punkcji lędźwiowej, co zrozumiała dopiero po czterech nieudanych wkłuciach.

W końcu lekarze nic nie znaleźli i musieli dojść do tego samego wniosku, do którego ja doszłam trochę wcześniej na podstawie wiadomości z Wikipedii. Dostałam odpowiednie kroplówki i wypisano mnie ze szpitala. Widzę normalnie, ale nadal mogę być chodzącą bombą zegarową. A właściwie mój układ nerwowy może nią być. I tak sobie żyję, czasami w strachu, że pewnego dnia po kontrolnym rezonansie magnetycznym okaże się, że jednak mam stwardnienie rozsiane i będę dla wszystkich ciężarem.

Słomiany zapał to jednak wspaniała rzecz: przez miesiąc jesteś na diecie i codziennie robisz brzuszki, żeby schudnąć, a potem dajesz sobie z tym spokój. Albo przez dwa dni martwisz się potencjalną chorobą i w tajemnicy przed wszystkimi wypłakujesz sobie oczy, żeby później strach zelżał i dał się zepchnąć w głąb umysłu do momentu, kiedy znowu sobie uświadomisz, że życie jest krótkie i trzeba się nim cieszyć, póki jest po temu okazja.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Uwierzyć w siebie?

„I'm not a fighter. I'm a quiter.
 My whole family was.”
Bernard Black from Black Books



Jestem strusiem


Uciekam myślą od myśli, że uciekam, odkąd tylko pamiętam.
Uciekam od wszystkiego. Taki już ze mnie tchórz. Ale najwyższy czas przyznać się do tego przed sobą: nie jestem odważna, choć zawsze chciałam tak o sobie myśleć – jako o dzielnej bohaterce, która bez lęku stawia czoła przeciwnościom i z podniesionym czołem czerpie z życia wszystko, co ma ono do zaoferowania.

Ale nie czerpię. Nie uwalniam swojego potencjału. W mojej wyobraźni jest on gigantyczny: jeśli tylko się przyłożę, mogę być najlepszą studentką na roku, wystarczy tylko chodzić na zajęcia i słuchać, niczego nie zaniedbywać, nie być takim pieprzonym leserem. Może nawet mogłabym dostać stypendium? Już raz dostałam. W szóstej klasie. Niewielkie – ledwie czterysta złotych minus podatek – ale na futerał do wiolonczeli wystarczyło. Na futerał do tej wiolonczeli, na której grałam przez pół roku. Później się, oczywiście, przestraszyłam i zrezygnowałam ze szkoły muzycznej. Potem przez kolejne sześć miesięcy wyrzucałam sobie od idiotek, bo zrozumiałam, że granie sprawia mi wielką przyjemność, ba! może być nawet moim życiowym powołaniem. Do tej pory tak myślę. Dlatego byłam niezwykle wdzięczna mojemu tacie, gdy poszedł do dyrekcji szkoły i wszystko odkręcił. Wciąż nie mam pojęcia, jak to zrobił, i pewnie nigdy się nie dowiem, bo jestem tchórzem. Mój tata nie jest. Założę się, że sporo wtedy nakłamał, zgonił winę na jakieś wyimaginowane problemy rodzinne, może nawet na siebie.


Strach ma wielkie oczy


Do szkoły muzycznej próbowałam się dostać już w przedszkolu. Ubraną w białą (strasznie drapiącą) bluzkę i krótką, czerwoną spódniczkę w białe groszki zaprowadzono mnie na zajęcia przygotowawcze, a jakiś czas później na egzamin wstępny. Jedyne, co miałam zrobić, to rysować uśmieszki, gdy nauczycielka grała melodię wesołą (tonacja durowa) i smutne minki, gdy grała smutną (tonacja molowa). Rysowałam ołówkiem. Pomyliłam okienka i dobrze o tym wiedziałam. Wystarczyło poprosić kogoś o gumkę do mazania, żeby naprawić swój błąd. Ale za bardzo się bałam, by to zrobić. Nie zdałam. Byłam na liście rezerwowych w klasie fortepianu. Wiele lat później poznałam dziewczynę, która wtedy zajęła moje miejsce. Bardzo sympatyczna, choć wtedy, gdy byłam pięciolatką, nienawidziłam jej z całego mojego malutkiego serduszka. Ta dziewczyna, czy może raczej dziewczynka, po pół roku nauki zrezygnowała na dobre. Ale dla mnie było już za późno, przynajmniej na fortepian. Zaoferowano mi natomiast miejsce w klasie skrzypiec, ale ja nie chciałam na nich grać, chciałam przecież grać na pianinie. Rodzice mnie nie zmuszali, a szkoda. Bo teraz kocham skrzypce. Uwielbiam ich dźwięk, ich wygląd. Kocham je dotykać. Mam teraz własne, od jakiegoś miesiąca. Byłam nawet na pierwszej lekcji, w czasie której okazało się, że robię bardzo szybkie postępy. Cóż za ironia. Teraz mogłabym być zawodowym muzykiem. Kształcić się w Akademii Muzycznej. Grać w zespole. Cokolwiek.

Po kilku latach spróbowałam ponownie. Tym razem, zamiast do maleńkiej klasy pełnej tamburynów, marakasów, bębenków i dzwonków, zaprowadzono nas do auli ze sceną, która wówczas wydawała mi się ogromna. Należało obrysować kółkiem odpowiednie obrazki. Nie pamiętam dokładnie, o co chodziło, ale system był zbliżony do tego z poprzedniego razu. Bardzo się pilnowałam, by się nie pomylić, ale jakoś przeoczyłam fakt, że w którymś momencie przeskoczyłam o jedną linijkę. Gdy się zorientowałam, mogłam jeszcze wszystko poprawić. Naprawdę. Ale znowu okazałam się tchórzem. Nie poprosiłam o drugą kartkę, nie zgłosiłam swojej pomyłki. Szansa gry na fortepianie albo flecie (tym razem poszerzyłam swoje horyzonty) znów przepadła.


Grunt to ambicja

Na jakiś czas odpuściłam sobie szkołę muzyczną. Chodziłam do podstawówki, co jakiś czas miałam nową najlepszą przyjaciółkę. Dzięki jednej z nich – dziś już nie umiem nawet powiedzieć, jak jej było na imię; Patrycja? Asia? – zawędrowałam do szkolnego zespołu wokalnego. Tam też zmarnowałam swoją szansę. Na próbie mogłam zaśpiewać solo fragment „Czerwonego jabłuszka”, który wychodził mi doskonale. Ale byłam tak stremowana, że nie mogłam wydusić z siebie żadnego dźwięku, a kiedy już to w końcu zrobiłam, wcale nie brzmiało to jak śpiew. Och, nie zrozumcie mnie źle: nie fałszowałam. Po prostu śpiewałam za cicho, by można mi było dać solówkę. Kiedy trema mi przeszła, nie poprosiłam pani Danuty o danie mi drugiej szansy. To była wspaniała kobieta: ładna, wesoła, o ślicznym głosie. I dlatego mnie przerażała. Nadal boję się odzywać do osób, które skrycie podziwiam. I dlatego zwykle mają mnie za tępaka.

Z wstąpieniem do zespołu wokalnego zbiegło się też wstąpienie do zespołu instrumentalnego, również prowadzonego przez panią Danutę. Grałam na flecie, znacie ten typ: drewniany albo plastikowy, z ośmioma dziurkami, na jakim się gra na muzyce w podstawówce czy gimnazjum, w dodatku zaledwie raz na ruski rok. Niespecjalnie mi to szło, dlatego kazano mi grać na dzwonkach chromatycznych (zwanych potocznie cymbałkami), w końcu  – co w tym trudnego? Trzeba być nie lada cymbałem, żeby nie trafić pałeczką w sztabkę. Jednak to było dla mnie za mało, prawie wszyscy z zespołu chodzili do szkoły muzycznej i grali na jakichś wypasionych instrumentach, jak na przykład pianino, skrzypce czy gitara, a nie jakieś tam cymbałki-srymbałki. Razem z kolegą z klasy (którego jeszcze do niedawna uważałam za głupka i którego z dziką radością tłukam teczką po głowie, dopóki nie zmądrzał i nie zaczął mi oddawać) postanowiliśmy zdawać do szkoły muzycznej. Nie wybrałam ani fortepianu, ani fletu czy skrzypiec. Chciałam grać na wiolonczeli, którą byłam zafascynowana, odkąd mój starszy o cztery lata brat, który miał wtedy świra na punkcie heavy metalu (codziennie oglądał koncertówkę Iron Maiden, czym doprowadzał mnie do szału) przyniósł do domu kasetę z najlepszymi kawałkami Apocalyptiki.


Nie każde kłamstwo jest złe?

Tym razem siedzieliśmy w maleńkiej klasie i robiliśmy to, co za pierwszym razem: rysowaliśmy buźki. Potem powtarzaliśmy melodie i wyklaskiwaliśmy rytm. I wiecie co? Tym razem oszukiwałam. Nie chciałam kolejnej koszmarnej pomyłki, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, ja z niej skorzystałam. Wypełniałam wszystko zgodnie z moim przekonaniem, ale na wszelki wypadek konsultowałam się także z kartką, którą nieuważna nauczycielka stojąca przy mojej ławce trzymała tuż nade mną. Poszło wyśmienicie. I nie żałuję tego małego kłamstewka. Ono było dobre. Bo inaczej mogłabym znowu się przestraszyć, spanikować i chlapnąć jakiś okropny błąd, a dzięki temu małemu oszustwu mogłam kontrolować sytuację i przestać się bać. Kolega nie miał tyle szczęścia, co ja; poległ przy klaskaniu. Powiedzieli mu, że nie ma za grosz wyczucia rytmu i nigdy nie dostanie się do szkoły muzycznej.

Zmierzam do tego, by samej sobie udowodnić, że jestem strasznym tchórzem. Te wszystkie rzeczy związane z muzyką to tylko jeden z nielicznych przykładów, które mogłabym tutaj mnożyć i mnożyć, ale obawiam się, że nie wystarczyłoby mi na to czasu. Dobrze mi szło granie i sprawiało mi radość, zwłaszcza po tym spektakularnym powrocie córki marnotrawnej. Ale potem zaczęły się schody  – nasza kochana nauczycielka instrumentu głównego przeszła na emeryturę, a nam przysłano jakiegoś babochłopa z Wrocławia, który wiele wymagał, a w niczym nie pomagał. Przynajmniej wtedy tak sądziłam. Jakoś przebrnęłam przez trzecią klasę pierwszego stopnia. A potem  –  zdaje się, że miałam coś koło szesnastu czy siedemnastu lat  – znalazłam chłopaka. Z początku byłam w nim bardzo zakochana, ciągle się całowaliśmy i chodziliśmy na spacery. Kosztem szkoły muzycznej, w której zajęcia odbywały się po południu.


Przewagarowałam ostatnią klasę, przeżyłam upokorzenie na egzaminie technicznym w połowie semestru, obiecałam sobie i nauczycielom poprawę, a potem znowu wagarowałam. Kilka dni przed egzaminem końcowym zrezygnowałam całkowicie.  I, jak się zdaje, nieodwołalnie. Boże, jaka ja byłam głupia. Żeby zrobić coś takiego przez chłopaka? Wiem, że to co teraz napiszę, w ogóle mnie nie usprawiedliwia, ale może znajdę choć jakąś okoliczność łagodzącą. Miałam za dużo zajęć. Chciałam robić wszystko (z wyjątkiem sportu, w tym zawsze byłam kiepska), więc robiłam wiele, ale wszystko na pół gwizdka. Dwie szkoły, harcerstwo, oaza, schola, kółko teatralne, kółko plastyczne, konkursy i olimpiady, nawet wkręciłam się w fotografię. Nie miałam czasu dla chłopaka. Dlatego, zamiast zrezygnować z czegoś mniej ważnego, zaczęłam wagarować. Bo myślałam, że sobie poradzę. Że mam taki zajebisty potencjał, że mogę wszystko.


Lizanie ran


Ale nie mogłam. Bo talent to nie wszystko, talent trzeba jeszcze oszlifować. Trzeba ćwiczyć, uczyć się, szkolić: „praktyka czyni mistrza” nie jest tezą wyssaną z palca. Więc nawet jeśli twój potencjał jest lub choćby wydaje się być wielkim rycerzem w lśniącej zbroi i na złotym rumaku, takim, który z niejednym smokiem da sobie radę  – dbaj o niego. Bo ani się obejrzysz, jak zacznie chorować, opadnie z sił i zestarzeje się, aż na końcu będzie już tylko rozmemłanym staruszkiem cierpiącym na artretyzm, który ślini się i sepleni, a na banana woła „jup! jup!”.

Jestem tchórzem. Nie wróciłam do szkoły muzycznej drugi raz, bo byłam zbyt wystraszona (co ludzie powiedzą?!) i zbyt dumna (nie dam tej suce satysfakcji!), a wystarczyło tylko złożyć jeszcze raz papiery, by dać sobie szansę i uwolnić potencjał. Teraz już za późno, jestem za stara do szkoły muzycznej. Łudzę się, że kiedyś sobie kupię wiolonczelę, że jeszcze będę z niej wydobywać słodkie tony i rzewne melodie, ale tak się nie stanie. Może będę kiedyś grać znośnie na skrzypcach, ale z kolei na to jeszcze za wcześnie. Nie dam rycerzowi spaść z konia. A jeśli przypadkiem spadnie, pomogę mu się podnieść. Mimo że nie jestem fighterem. W przeciwieństwie do kolegi, który nie miał za grosz wyczucia rytmu i chciał grać na gitarze. Uparł się i jest teraz perkusistą-samoukiem. Naprawdę niezłym, i to nie tylko jak na osobę bez wyczucia rytmu.