Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak możemy być nimi jutro?
Phil Bosmans
Good morning
Każdego dnia mówimy sobie, że dzisiaj będzie lepiej. Że zrobimy to, co mieliśmy zrobić wczoraj, zaplanujemy lepsze jutro, powiemy bliskim, jak bardzo nam na nich zależy, poprawimy swoje zachowanie, wyeliminujemy wady. A potem albo marnujemy ten piękny, wspaniały dzień przez nicnierobienie, albo śpieszymy się tak bardzo ze wszystkim – jak w tym dowcipie o budowlańcu, który biegał po budowie z pustą taczką, bo miał taki zapieprz, że nie miał kiedy jej załadować – że nie wystarcza nam już czasu na zrealizowanie swojej to-do listy. A najśmieszniejsze w tym jest to, że za każdym razem wierzymy, że naprawdę uda nam się coś zmienić.
I czasem coś zmieniamy. Niektórzy wypracowują sobie silną wolę, inni zaś rodzą się z „tym czymś”, co pozwala im wytrwać w raz obranym kierunku. Ja należę do trzeciej grupy, która nazywa się obiecanki-cacanki.
Słomiany zapał
Czasem zdarza się coś, co jest impulsem popychającym nas do czynu. Dzisiaj na przykład stłukłam szklankę, co zmobilizowało mnie do odkurzenia (nareszcie) swojego pokoju. O ile znam siebie, nie zrobiłabym tego jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, zawsze odkładając tę czynność na jutro. Fajnie jest mieć porządek, więc ilekroć jakimś cudem posprzątam, rozglądam się z zaskoczeniem po mieszkaniu i postanawiam robić to regularnie, albo jeszcze lepiej – postanawiam nie bałaganić. Ale po kilku dniach entropia otoczenia jakoś tak samoistnie wzrasta i postanowienie idzie się kochać.
Tak samo jest z przejściem na dietę, ćwiczeniami, nauką, odpisywaniem na maile i smsy od razu albo czytaniem ambitnych książek czy choćby lektur. Nie zawsze jest to olewatorstwo, czasem to tylko „skleroza”, ale to przecież żadna wymówka.
Skrajnym przypadkiem takiego bodźca jest uświadomienie sobie pewnej istotnej i wręcz banalnej prawdy, która jednak za rzadko do nas dociera: życie jest kruche i krótkie. Możesz natknąć się na pijanego kierowcę, odkryć, że masz raka, poślizgnąć się na oblodzonych schodach i skręcić kark czy co tam jeszcze.
Ja pewnego dnia zaczęłam tracić wzrok.
Restart
Przez kilka dni strasznie bolało mnie oko. Bolało w sposób cholera-trzeba-było-tyle-nie-pić-i-wcześniej-pójść-spać. Że coś jest nie tak, zorientowałam się dopiero, gdy podczas czytania moje oko w miejscu niektórych liter widziało spacje. Jak każdy normalny użytkownik Internetu, zaczęłam szukać w Google’u rozwiązania zagadki. Zwykle człowiek znajduje u siebie co najmniej piętnaście rzadkich chorób, wpada w panikę, idzie do lekarza pierwszego kontaktu i tam zostaje zrugany za wmawianie sobie i lekarzowi głupot, po czym dostaje maść na krosty i po paru dniach zapomina, że wykrył u siebie żółtaczkę typu C i zaawansowanego czerniaka.
Mając to na uwadze, czekałam, aż mi przejdzie, choć miałam też pewną teorię, że może to początkowe stadium pozagałkowego zapalenia nerwu wzrokowego. Kto siedzi w temacie, wie, czym ono się zazwyczaj kończy. Dużo wtedy spałam („na pewno jesteś przemęczona, przecież tyle siedzisz przy komputerze i ciągle coś czytasz, a do tego chodzisz spać nad ranem”). A potem moje oko zaczęło mi przypomniać brudną szybę pociągu, z każdą godziną coraz bardziej, aż w końcu przestałam na nie widzieć. Poszłam do okulisty, przepisany lek nie zadziałał i trafiłam do szpitala, gdzie zgodnie z prawem Murphy’ego, wszystko szło na opak: testy nic nie wykrywały, pielęgniarki nigdy nie mogły mi się wkłuć w żyłę i dawały mi szkodliwy lek przeciwbólowy, choć nic mnie nie bolało, a rezydentka, która mnie na początku prowadziła, była chyba sadystką (co ujawniło się przy pierwszym badaniu neurologicznym, gdy pieprznęła mnie młotkiem w kolano tak mocno, że przez dwa dni miałam kłopoty z chodzeniem) i do tego nie umiała mi zrobić punkcji lędźwiowej, co zrozumiała dopiero po czterech nieudanych wkłuciach.
W końcu lekarze nic nie znaleźli i musieli dojść do tego samego wniosku, do którego ja doszłam trochę wcześniej na podstawie wiadomości z Wikipedii. Dostałam odpowiednie kroplówki i wypisano mnie ze szpitala. Widzę normalnie, ale nadal mogę być chodzącą bombą zegarową. A właściwie mój układ nerwowy może nią być. I tak sobie żyję, czasami w strachu, że pewnego dnia po kontrolnym rezonansie magnetycznym okaże się, że jednak mam stwardnienie rozsiane i będę dla wszystkich ciężarem.
Słomiany zapał to jednak wspaniała rzecz: przez miesiąc jesteś na diecie i codziennie robisz brzuszki, żeby schudnąć, a potem dajesz sobie z tym spokój. Albo przez dwa dni martwisz się potencjalną chorobą i w tajemnicy przed wszystkimi wypłakujesz sobie oczy, żeby później strach zelżał i dał się zepchnąć w głąb umysłu do momentu, kiedy znowu sobie uświadomisz, że życie jest krótkie i trzeba się nim cieszyć, póki jest po temu okazja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz