Miłość nie drży na widok miecza
Jest kruchym ciastem powietrza
Którym zachłystuję się codziennie
To cholerna niepewność
Kiedy znowu wreszcie staniesz w drzwiach
I to czy zobaczę Cię na pewno
Taka miłość jest jedna
Ty jesteś jedna
Jesteś podwiniętą rzęsą pod moją powieką
Taka miłość jest jedna
Ty jesteś jedna
Dlatego chciałbym ukryć nas
Za najodleglejszą rzeką
Miłość to raczej nie chemia
To nie są małpie gaje
Kiedy uśmiechamy się przez łzy
Kiedy przeklinamy się nawzajem
Ja nie mówię kocham
Pewnie dobrze sama wiesz dlaczego
Jestem prostym pytaniem
Ty jesteś na nie odpowiedzią
Stąpamy we dwoje po niepewnym gruncie
Choć kto inny śpi przy Tobie, nie Ty mnie rano budzisz
Stąpamy we dwoje po niepewnym gruncie
Czasem nawet jest z tym dobrze, wstyd o tym głośno mówić
Stąpamy we dwoje po niepewnym gruncie
Kiedy myślę, że Cię kocham, kiedy czuję, że Cię chcę
Dawno mamy już za sobą pierwsze kroki w chmurach
Znamy dobrze swoje miejsce, wiemy dobrze gdzie nasz brzeg
Przy nadpalonych mostach
Gdzieś pomiędzy wierszami
Na skrzyżowaniu słów - niewypowiedzianych
Chciałabyś to wiedzieć
Ja wiem
Wyrzucić już to z siebie
Ja też
Ciężkie słowa ciężko mówić
Nauczyć się żałować
Za późno chyba jest
Chcesz więcej
Chcesz więcej niż dziś mogę Tobie dać
Pieprzone więcej
Powiem więcej:
Więcej nie mam.
antydiariusz
piątek, 28 czerwca 2013
wtorek, 9 kwietnia 2013
Pure morning
No więc, moje życie towarzyskie i prywatne prawie nie istnieje. Mój facet zdaje się mieć mnie totalnie w dupie (chociaż wolę myśleć, że po prostu jest przepracowany, w końcu urabia się po łokcie od świtu do nocy, a do tego jeszcze tworzy coś wspaniałego, w końcu ma możliwość wykazać się w teatrze i widać, że to naprawdę zaprząta jego umysł), od czasu wernisażu, o którym tutaj nie wspomniałam (nie mojego, niestety, ale jeszcze nic straconego!), nigdzie nie byłam ze znajomymi - jeśli nie liczyć całego dnia spędzonego w kinie i na zakupach z ukochaną kuzynką, oczywiście - i w ogóle jakiś taki marazm, a do tego już oficjalnie mogę powiedzieć, że mam stwardnienie rozsiane. ALE. Ale i tak jest dobrze. Naprawdę. W tej chwili moje myśli gnają z taką prędkością, że powinnam zapiąć pasy bezpieczeństwa, ale to tylko myśli, więc po prostu próbuję je tutaj przelać. Niby jest chujowo, ale jakoś wcale tego nie czuję, wręcz przeciwnie: czuję się szczęśliwa i pełna energii. Mam chyba z gazylion pomysłów, moja bratnia dusza z drugiego końca Polski (chyba nieświadomie, co jest jeszcze lepsze) ciągle stawia przede mną nowe wyzwania, kumpel równie nieświadomie cały czas mnie mobilizuje do szlifowania swoich umiejętności ("Ale zajebista praca! Też bym chciała tak umieć! Ej, zrobię coś lepszego!"). W ogóle jakoś tak mi świeżo. Wcześniej nic mi się nie chciało, a teraz nie wiem, w co ręce włożyć. Co prawda, powinnam się raczej wziąć w pierwszej kolejności za projekty na zaliczenie, w końcu ilustracje na struktury wizualne i cała reszta same się nie zrobią, a to już kwiecień, ale hej - zadanie domowe nie zając, i tak je będę musiała zrobić, a przecież pracowanie pod presją czasu zawsze wychodziło mi najlepiej. Trochę przeraża mnie jedynie wizja moich prac na grafikę warsztatową, bo parę zajęć mi uciekło i tak trochę jestem w dupie z tego przedmiotu, ale nie tracę nadziei, że przy odrobinie typowo polskiej kombinatoryki (nie mylić z działem matematyki) i tak mi się uda.
Trochę przeraża mnie jeszcze własnoręczne robienie sobie zastrzyków z betaferonem, zwłaszcza gdy przychodzi kolej na ich aplikację w brzuch, ale powoli się oswajam z tą nową rzeczą, z którą teraz będę musiała żyć, mimo że przez iniekcje co drugi dzień czuję się jak gówno. Pocieszam się tym, że inni mają gorzej. No bo naprawdę: nie dość, że bardzo szybko dostałam się do programu leczenia (zdaje się, że czekałam niecały miesiąc, podczas gdy niektórzy czekają nawet latami!), to jeszcze mam duże wsparcie w kilku osobach (już nie wspominając o tym, że nagle rodzice zaczęli mnie rozpieszczać, co w ogóle mi nie przeszkadza). No i strzykawki to dość chwytliwy temat do zdjęć, co już zdążyłam wykorzystać i z pewnością nie omieszkam wykorzystać ponownie, ale to już może jak trochę lepiej będę ogarniać swój aparat, bo na razie sprzęt, oko i chęci są, ale za to umiejętności leżą i kwiczą. W każdym razie, chciałam się pochwalić, że mam zajebiście dużą motywację do działania. W końcu robię to, co lubię. Rysuję, maluję (tak, tak! o dziwo, bardzo polubiłam malowanie, a taka przecież zawsze sceptyczna w tej dziedzinie byłam, pewnie dlatego, że machanie pędzlem nigdy mi nie wychodziło, a tu - proszę, niespodzianka! nie jest z tym u mnie tak źle), fotografuję (kiepsko, bo kiepsko, ale mam swoje chwile), mam koncepcję na dwa komiksy i dwie powieści, a jak się uda, to niedługo zacznę jeździć konno. Jeszcze zostaje mi tylko przekonać mamę, żeby mi zasponsorowała lekcje gry na skrzypcach, bo Padme (moje skrzypce) nadal leżą odłogiem, a bardzo mi się to nie podoba. Zwłaszcza, że ostatnio znowu złapałam zajawkę na Vitamin String Quartet.
No proszę, i flow na pisanie mi się skończyło, rychło w czas. Wracam do robienia ilustracji na bloga, może za jakiś czas znowu coś tu naskrobię.
Trochę przeraża mnie jeszcze własnoręczne robienie sobie zastrzyków z betaferonem, zwłaszcza gdy przychodzi kolej na ich aplikację w brzuch, ale powoli się oswajam z tą nową rzeczą, z którą teraz będę musiała żyć, mimo że przez iniekcje co drugi dzień czuję się jak gówno. Pocieszam się tym, że inni mają gorzej. No bo naprawdę: nie dość, że bardzo szybko dostałam się do programu leczenia (zdaje się, że czekałam niecały miesiąc, podczas gdy niektórzy czekają nawet latami!), to jeszcze mam duże wsparcie w kilku osobach (już nie wspominając o tym, że nagle rodzice zaczęli mnie rozpieszczać, co w ogóle mi nie przeszkadza). No i strzykawki to dość chwytliwy temat do zdjęć, co już zdążyłam wykorzystać i z pewnością nie omieszkam wykorzystać ponownie, ale to już może jak trochę lepiej będę ogarniać swój aparat, bo na razie sprzęt, oko i chęci są, ale za to umiejętności leżą i kwiczą. W każdym razie, chciałam się pochwalić, że mam zajebiście dużą motywację do działania. W końcu robię to, co lubię. Rysuję, maluję (tak, tak! o dziwo, bardzo polubiłam malowanie, a taka przecież zawsze sceptyczna w tej dziedzinie byłam, pewnie dlatego, że machanie pędzlem nigdy mi nie wychodziło, a tu - proszę, niespodzianka! nie jest z tym u mnie tak źle), fotografuję (kiepsko, bo kiepsko, ale mam swoje chwile), mam koncepcję na dwa komiksy i dwie powieści, a jak się uda, to niedługo zacznę jeździć konno. Jeszcze zostaje mi tylko przekonać mamę, żeby mi zasponsorowała lekcje gry na skrzypcach, bo Padme (moje skrzypce) nadal leżą odłogiem, a bardzo mi się to nie podoba. Zwłaszcza, że ostatnio znowu złapałam zajawkę na Vitamin String Quartet.
No proszę, i flow na pisanie mi się skończyło, rychło w czas. Wracam do robienia ilustracji na bloga, może za jakiś czas znowu coś tu naskrobię.
sobota, 15 września 2012
Hi, how are you?
No hej, u mnie wszystko po staremu. Nadal brak motywacji, wciąż nie studiuję i nie pracuję, miałam dziś jechać do domu i teatru, ale dostałam migreny (właściwie to trwa ona od kilku dni, ale kto by się takimi szczegółami kłopotał) i w rezultacie siedzę na łóżku (obowiązkowo w piżamie) i wylewam swoje żale w Internecie, bo kto by tego marudzenia chciał słuchać. Wczoraj czy przedwczoraj, mniejsza o datę, i tak mi się już wszystko miesza, udało mi się za to zmusić się do grania na skrzypcach. Znaczy: "grania", bo tych żałosnych pisków, jakie wydobywałam z Padme, nikt zdrowy na umyśle graniem by nie nazwał. Właściwie, to nie wiem, po co ta dygresja o skrzypcach, miałam napisać, że siedzę i że jest mi cholernie zimno. Ale nie zamknę tego pieprzonego okna, bo inaczej zaczadzę się dymem z papierosa. Albo zaczną mi łzawić oczy, po raz pięćdziesiąty dzisiaj. Z resztą, to chyba nawet nie o taki rodzaj zimna chodzi. Raczej o ten, który lokuje się gdzieś w środku, a ty nie możesz się go pozbyć, zupełnie jak właściciel kamienicy, który nie interesował się przez długi czas swoją własnością nie może bez nakazu eksmisji wyjebać ze swego przybytku squotersów. Także kocyk czy herbatka niewiele tu dadzą.
Przez chwilę myślałam, że już przywykłam do coraz chujowszych wyników badań, ale jak widać - nie, nie przywykłam. To, że dziwne "ogniska" widoczne na rezonansie są coraz liczniejsze, nie było wystarczającym goździem do trumny, ktoś (nie wiem sama - Bóg? Parki? Los?) musiał mi jeszcze dojebać do pieca, że to "zmiany demielizacyjne". No cóż, trzy (cztery? a może pięć?) dni temu odebrałam wyniki najnowszych badań. Nawet się nie rozpłakałam, kupiłam sobie za to duże ilości ciasta naraz i włączyłam pocieszną muzykę, do której podobno da się tańczyć. Ciasto wpierdoliłam, trochę się z Michałem pośmiałam, wysłuchałam podczas jednej rozmowy telefonicznej sto razy teorii mojej mamy ("Niezbadane są wyroki boski, a przecież doktor K. mówi, że to wcale nie musi być to, co myślisz") i tyle. Dopiero dzisiaj mnie siekło. Lodowata świadomość ściskająca trzewia. A więc jednak? To już się zaczęło? To już zaczynam rozumieć, skąd te migreny. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę dotrzymam danego sobie słowa i popełnię samobójstwo przed trzydziestką. Pod warunkiem, że do tego czasu będę jeszcze w stanie samodzielnie palnąć sobie w łeb jakąś zjawiskową łopatą, ewentualnie ogolić sobie żyły. Bo z moim szczęściem do lekarstw przez te kilka lat zdążę sobie wytworzyć odporność na środki nasenne, tak jak się to stało z tabletkami przeciwbólowymi. Wspominałam o tym kiedyś? Żeby najsilniejszy dostępny bez recepty lek przeciwbólowy na mnie zadziałał, muszę łyknąć co najmniej trzy tabletki. Przy czym trzy to limit dobowy dla normalnego człowieka. Podobno większość ludzi po jednym takim tabsie cierpi na silny ból żołądka. A mnie nic. Walnę sobie z pięć czy sześć tabletek i hajla bajla, żołądek nie boli, boli za to to, co wolałabym, żeby nie bolało. Ale stop, bo już się zbyt zapędziłam w dywagacje zdrowotne, jak jakaś staruszka spod kościoła.
No i zgubiłam się. Po raz kolejny. I to nie tylko w labiryncie słów, których zawsze na podorędziu mam zbyt dużo, ale także w swoim życiu. Wrzesień już, a ja nadal nie wiem, czy chcę zostać we Wrocławiu i studiować to, co kompletnie mnie nie interesuje (w dodatku zaczynając drugi rok już po raz trzeci), czy też wrócić do rodzinnego zadupia, by studiować coś, co nie interesuje mnie tylko trochę, ale za to przebywać non stop z rodziną, która - choć kochana, w końcu to rodzina - w mniej niż tydzień mnie wkurwi do tego stopnia, że będę gryźć ściany i płakać z nienawiści. To jak? Co wybrać? A może zabrać wszystkie manatki i pojechać gdzieś w pizdu, karmić fiordy w Norwegii albo oswajać misie grizzly w Kanadzie. Pracować na poczcie jak Bukowski, a potem wszystko przejebać w barze. Właściwie mogłabym się wtedy nauczyć grać w pokera, ta gra wydaje mi się bardzo ciekawa. W tak zwanym międzyczasie mogłabym pisać opowiadania dla prawdziwych zboczeńców, ostatnio mam niezłą wprawę w pisaniu scen erotycznych. I nawet nie są aż tak chaotyczne, jak moja paplanina tutaj. Ach, dygresje, dygresje. Na bierzmowaniu powinnam była sobie wziąć imię Dygresja, ładnie by się ze mną komponowało.
No nic, posmęciłam, pomarudziłam, idę dalej zamulać przy smutnej japońskiej muzyce.
Przez chwilę myślałam, że już przywykłam do coraz chujowszych wyników badań, ale jak widać - nie, nie przywykłam. To, że dziwne "ogniska" widoczne na rezonansie są coraz liczniejsze, nie było wystarczającym goździem do trumny, ktoś (nie wiem sama - Bóg? Parki? Los?) musiał mi jeszcze dojebać do pieca, że to "zmiany demielizacyjne". No cóż, trzy (cztery? a może pięć?) dni temu odebrałam wyniki najnowszych badań. Nawet się nie rozpłakałam, kupiłam sobie za to duże ilości ciasta naraz i włączyłam pocieszną muzykę, do której podobno da się tańczyć. Ciasto wpierdoliłam, trochę się z Michałem pośmiałam, wysłuchałam podczas jednej rozmowy telefonicznej sto razy teorii mojej mamy ("Niezbadane są wyroki boski, a przecież doktor K. mówi, że to wcale nie musi być to, co myślisz") i tyle. Dopiero dzisiaj mnie siekło. Lodowata świadomość ściskająca trzewia. A więc jednak? To już się zaczęło? To już zaczynam rozumieć, skąd te migreny. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę dotrzymam danego sobie słowa i popełnię samobójstwo przed trzydziestką. Pod warunkiem, że do tego czasu będę jeszcze w stanie samodzielnie palnąć sobie w łeb jakąś zjawiskową łopatą, ewentualnie ogolić sobie żyły. Bo z moim szczęściem do lekarstw przez te kilka lat zdążę sobie wytworzyć odporność na środki nasenne, tak jak się to stało z tabletkami przeciwbólowymi. Wspominałam o tym kiedyś? Żeby najsilniejszy dostępny bez recepty lek przeciwbólowy na mnie zadziałał, muszę łyknąć co najmniej trzy tabletki. Przy czym trzy to limit dobowy dla normalnego człowieka. Podobno większość ludzi po jednym takim tabsie cierpi na silny ból żołądka. A mnie nic. Walnę sobie z pięć czy sześć tabletek i hajla bajla, żołądek nie boli, boli za to to, co wolałabym, żeby nie bolało. Ale stop, bo już się zbyt zapędziłam w dywagacje zdrowotne, jak jakaś staruszka spod kościoła.
No i zgubiłam się. Po raz kolejny. I to nie tylko w labiryncie słów, których zawsze na podorędziu mam zbyt dużo, ale także w swoim życiu. Wrzesień już, a ja nadal nie wiem, czy chcę zostać we Wrocławiu i studiować to, co kompletnie mnie nie interesuje (w dodatku zaczynając drugi rok już po raz trzeci), czy też wrócić do rodzinnego zadupia, by studiować coś, co nie interesuje mnie tylko trochę, ale za to przebywać non stop z rodziną, która - choć kochana, w końcu to rodzina - w mniej niż tydzień mnie wkurwi do tego stopnia, że będę gryźć ściany i płakać z nienawiści. To jak? Co wybrać? A może zabrać wszystkie manatki i pojechać gdzieś w pizdu, karmić fiordy w Norwegii albo oswajać misie grizzly w Kanadzie. Pracować na poczcie jak Bukowski, a potem wszystko przejebać w barze. Właściwie mogłabym się wtedy nauczyć grać w pokera, ta gra wydaje mi się bardzo ciekawa. W tak zwanym międzyczasie mogłabym pisać opowiadania dla prawdziwych zboczeńców, ostatnio mam niezłą wprawę w pisaniu scen erotycznych. I nawet nie są aż tak chaotyczne, jak moja paplanina tutaj. Ach, dygresje, dygresje. Na bierzmowaniu powinnam była sobie wziąć imię Dygresja, ładnie by się ze mną komponowało.
No nic, posmęciłam, pomarudziłam, idę dalej zamulać przy smutnej japońskiej muzyce.
W zamku po cichu więdnącym
W czasach spragnionych przemian
Ja w kolorze popiołu
Po prostu powoli zaczynam znikać
Potrzeba śmierci
Gromadzę gwiazdy
Budując zamek z piasku
Moje maleńkie życzenie
Przelewający się, upadający
Ów dźwięk stóp
Na który czekam w spokoju
Świat ciemności...
Świat ciszy...
W czasach spragnionych przemian
Ja w kolorze popiołu
Po prostu powoli zaczynam znikać
Potrzeba śmierci
Gromadzę gwiazdy
Budując zamek z piasku
Moje maleńkie życzenie
Przelewający się, upadający
Ów dźwięk stóp
Na który czekam w spokoju
Świat ciemności...
Świat ciszy...
niedziela, 15 kwietnia 2012
Egzystencjalny krzyk
Nie mogę się uwolnić od tej piosenki:
Najprawdopodobniej dlatego, że melodia i ekspresja Satoshiego (wokalisty) doskonale współgra z moim obecnym (od jakiegoś już czasu) nastrojem. A i samo przesłanie (chociaż strasznie denerwują mnie błędy w tłumaczeniu) też wgniata. Szklanka jest w połowie pełna czy w połowie pusta? Rodzimy się, by żyć, czy rodzimy się, by umrzeć? Zadawanie sobie tego typu pytań jest bez sensu i może doprowadzić do szaleństwa każdego człowieka. Tylko po co? Szklanka nie jest pełna w połowie, jest pełna całkowicie: pięćdziesiąt procent wody, pięćdziesiąt powietrza. Rodzimy się by żyć, a potem umrzeć. Właściwszym byłoby więc pytanie, co zrobić z tym swoim życiem i jak tego dokonać?
Jak przystało na zdołowanego egoistę skupionego na sobie i swoich problemach, także tych wyimaginowanych, odnoszę wszystko za bardzo do siebie. Przewrażliwiona? Kto, ja? Wiem, że tekst tego utworu tyczy się bardziej ogólnych spraw, ale początek jak najbardziej odzwierciedla myśli, którymi się ostatnio truję, a na które nie umiem nic poradzić. Jedni ludzie blakną przez innych ludzi – wydaje mi się być teraz dużo bardziej prawdziwe, niż kiedykolwiek. Choć myślę, że należałoby to uzupełnić jeszcze o: oraz przez siebie samych i swoje lęki.
Jak przystało na zdołowanego egoistę skupionego na sobie i swoich problemach, także tych wyimaginowanych, odnoszę wszystko za bardzo do siebie. Przewrażliwiona? Kto, ja? Wiem, że tekst tego utworu tyczy się bardziej ogólnych spraw, ale początek jak najbardziej odzwierciedla myśli, którymi się ostatnio truję, a na które nie umiem nic poradzić. Jedni ludzie blakną przez innych ludzi – wydaje mi się być teraz dużo bardziej prawdziwe, niż kiedykolwiek. Choć myślę, że należałoby to uzupełnić jeszcze o: oraz przez siebie samych i swoje lęki.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Mury
„Piekło to inni”. (Sartre)
Jako niezbyt zdrowa enneagramiczna siódemka, albo po prostu siódemka z lekkim antyspołecznym odchyłem w postaci socjofobii, zgodziłabym się z tym twierdzeniem w niemal każdych warunkach. Ale nie dziś. Dziś siedzę w swoich czterech ścianach, zamiast ze znajomymi w barze. Cały frustrujący dzień w domu, zamiast jechać przywiezionym wczoraj rowerem na zajęcia. Tyle kłopotu z tym przecież było! I mi to w ogóle nie przeszkadzało. Jeszcze wczoraj miałam tyle nadziei, energii i planów! Dzisiaj – zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.
Siedzę, słucham muzyki i powstrzymuję łzy, bo z jakiegoś powodu ogarnia mnie panika. A zamiast Sartre'a, lepiej mi dziś cytować starego, dobrego Ryśka, za którym nigdy specjalnie nie przepadałam, a który za to w pełni wyczerpuje temat:
„Samotność to taka straszna trwoga,
Ogarnia mnie, przenika mnie” .
Ogarnia mnie, przenika mnie” .
Samotność w tłumie. Zdawałoby się, że dookoła mnie jest tylu ludzi, znajomych i przyjaciół, ale tak naprawdę, to ciągle jestem tu sama. Jak The Loneliest Whale in the world.
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
Święta raz do roku są
Właśnie miałam się poużalać nad smutną dolą dziecięcia wracającego ze studenckiej emigracji na łono rodziny, ale nagle zorientowałam się, że pokój, który dzielę z bratem, opustoszał na trochę, nie muszę więc siedzieć dłużej w kuchni, która – choć przestronna i naprawdę ładna, ładna w stylu rustykalnym, więcej dobrego niestety wyłuskać nie umiem – od kilku dni bywa moim dość wybrakowanym azylem. Jedynym jej (kuchni) plusem jest to, że przeważnie nikogo tam nie ma. I tyle. Drzwi, niestety, również nie ma, nic więc nie izoluje dźwięków telewizora z sąsiedniego pokoju tzw. stołowego, który pełni funkcje jadalni, salonu i sypialni moich rodziców jednocześnie, a wszystko to na naprawdę niewielkiej powierzchni, Chińczycy i Japończycy powinni uczyć się sztuki aranżacji wnętrz od mojej mamy, żadne feng shui nie da ci tyle satysfakcji.
Siedzę więc na nieziemsko niewygodnym fotelu sypialnym (rozkładane łóżko, model dla studentów, młodych małżeństw lub rodzin z małym metrażem, łapię się na wszystko poza środkową pozycją), jednym z dwóch mebli, którymi zastąpiono nasze (moje i brata) śliczne i niesamowicie wygodne łóżka z sosnowego drewna, na których spaliśmy tyle lat, a które zastąpiono w imię oszczędzania wspomnianego wcześniej nikczemnego metrażu oraz w celu zmodernizowania wystroju pomieszczenia, w którą to (modernizację) dość trudno mi uwierzyć, bo fotele wyglądają dość paskudnie. Równie paskudnie śpi się na jednym z nich mojemu tłustemu, sfatygowanemu ciału o niemoralnie krzywym i napierdalającym kręgosłupie, który to pion kostny po jednej „przespanej” na tym wybryku furnitury nocy napierdala mnie jeszcze bardziej. Zaczynam się gubić, bo wróciła część rodziny, która uprzednio pomagała naszemu całodziennemu gościowi (chyba-dziewczyna brata) wymienić koło w samochodzie i znów zrobił się rwetes, gwar i harmider. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzę tak cudownie akustycznego mieszkania, w którym (uwaga, true story) po kichnięciu można usłyszeć staropolskie na zdrowie i podziękować, a potem zorientować się, że przecież w domu nikogo nie ma, a zdrowia życzy nam usłużny sąsiad zza ściany. Zaraz chyba znowu będę musiała się wynieść do kuchni, bo kochany braciszek zapewne lada moment wejdzie do pokoju (trzaskając drzwiami) i kulturalnie mnie poprosi (drąc mordę), żebym wyłączyła komputer, bo on ma na rano do pracy. I ekran mu w oczy świeci, a on spać nie może (brat, nie ekran).
Stopniowe deprecjonowanie
Stopniowe deprecjonowanie
Ale właściwie to nie o tym chciałam pisać, choć niewątpliwie wszystko to wpisuje się w mój świąteczny kanon. Jakoś bym to przebolała może, gdyby święta miały dla mnie jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Niestety, od jakiegoś czasu nie mają. Może to wpływ zmiany trybu życia – była uczestniczka, a później przez jakiś czas nawet animatorka i precentorka oazy, która obecnie unika chodzenia do kościoła (lub po prostu zapomina o). Albo skutek codziennej, nienachalnej i zabawnej agitacji pewnego sarkastycznego ateisty, z którym zdarzyło mi się mieszkać, i wspólnego bluźnienia (Matka Boska Wolnostojąca, Matka Boska Nienawistna, Matka Boska Bezdzietna, Matka Boska Od Siedmiu Boleści etc., etc.). W każdym razie, jakoś tak się stało, że do kościoła chodzić mi się nie chce i strasznie dużo wątpię w to, w co kiedyś bezgranicznie wierzyłam, a słowa księży i zachowania przywódców religijnych, które były mi kiedyś przynajmniej obojętne, teraz mierżą mnie bardzo i bawią niesłychanie, do tego stopnia, że kiedy już w taki Wielki Piątek zdarzy mi się być na nabożeństwie, muszę użyć całej tej parodii siły woli, jaką posiadam, by nie parsknąć śmiechem lub nie nabawić się zakwasów mięśni oczu od przewracania powyższymi. Już samo przebywanie w kościele, które dawniej było dla mnie tylko odrobinę nudne, teraz wzbudza we mnie tak ogromną niechęć, że wolę się (tak jak dzisiaj) powłóczyć po mieście z (notabene, cholernie ciekawą) książką zadufanego w sobie artysty o szerokim spektrum myślenia, niż przesiedzieć-przestać-przeklęczeć te czterdzieści minut mszy.
Najbardziej wkurzające jest to, że cała ta sytuacja jest stanem zawieszenia. Jeszcze żaden ateista nie przekonał mnie całkowicie o słuszności swojej niewiary. Z drugiej strony, nic, co powie mi jakikolwiek chrześcijanin, nie przywróci mi wiary w instytucję kościoła. W Boga chyba nadal wierzę. Chyba – no bo skąd mam mieć pewność, czy to naprawdę wiara, czy też tylko wpojony mi dawno temu zbiór dogmatów, do którego się przyzwyczaiłam? Chciałabym, żeby ktoś już mnie do czegoś przekonał. Albo nawet zdecydował za mnie. Wóz albo przewóz, a nie taka inercja. Może mógłby mi coś wyjaśnić Nietzsche, Cioran, Kołakowski, mistyczny Słowacki czy kto tam jeszcze, ale, jak już wspomniałam, moja siła woli jest jedynie krwawą kpiną i nie jestem w stanie zmusić się do czytania tworów, które nie są mdłą papką dla nastolatek. Chociaż, skoro już przy tym jesteśmy, nawet ta gałąź przemysłu rozrywkowego, jaką są chłamowate książki dla mrocznych trzynastek, nie zapewnia mi już dziennej dawki bezpiecznego oderwania od rzeczywistości. Na moje szczęście i nieszczęście, w porę i nie w porę (że tak pozwolę sobie zadworować z poety Tkaczyszyna-Dyckiego z tych Dyckich) przypomniałam sobie o istnieniu anime (fakt, że tych ciekawych i z dobrą kreską jednocześnie zaczyna mi brakować, to już materiał na inny elaborat o moich zmartwieniach). Wracając do ambitnych czytadeł (choć tu się ze mną zgodzą jeno nieliczni, znaczy – z samym założeniem, że poezja to dział literatury ambitnej, ale nie uprzedzajmy faktów) – wierszy też już nie czytam, nie licząc tych nielicznych przypadków, kiedy muszę zrecenzować książkę. Nie umiem tego pojąć na pierwszy rzut oka, a jakoś niczyja dykcja nie interesuje mnie na tyle, żeby spróbować rzucić drugi raz, zwłaszcza, że wzrok już nie ten. Jeśli już pada mi na mózg i dobrowolnie biorę się za poezję, słowa natchnionych poetów lub przyjebanych wierszokletów są dla mnie jak miedź brzęcząca lub jako cymbał brzmiący. W sensie
– wszystko ładnie, zgrabnie brzmi, ale sensu nie ma w tym za grosz.
„Kumoterstwo i profitariat” w wersji deluxe
Tych ostatnich – czyli cymbałów – nasłucham się pewnie sporo na nadchodzącym Porcie Literackim. Witaj, z dawna oczekiwany festiwalu osobliwości! Wprost nie mogę się doczekać tych zadufanych, alternatywnych i aroganckich osobistości. Potem osobistości i prawdziwi artyści (z tych ostatnich teraz nie szydzę, dlatego czuję się w obowiązku dodać ten przypis) się schleją i będą sobie schlebiać i uwłaczać, dusząc się w sosie swojej zajebistości w którejś z knajp. A my, maluczcy widzowie i słuchacze, razem z nimi, potakując lub uciekając wzrokiem. Więc dlaczego tak? Dlaczego tam idziemy, rok po roku, wiedząc, co zastaniemy? No cóż, nie mogę mówić za innych, napiszę więc za siebie, choć to się pewnie pokrywa. Żeby posłuchać na żywo tych dwóch-trzech autorów, którzy naprawdę mnie interesują, i żeby poczuć się ambitnie, elitarnie i inteligentnie. Ho ho, Zosiu, a czy ty wiesz, gdzie ja wczoraj byłam? Nie? To ci powiem, posłuchaj tylko! Na festiwalu literackim! Prawdziwych literatów widziałam! O, i tych nieprawdziwych też! Ale wiesz, Krysiu, i jedni, i drudzy, to tacy pretensjonalni są. He, he. No, ale nic to, trochę kultury łyknęłam, świata zaznałam, na salonach byłam! Trzeba się odchamiać, he, he. A ta X, no wiesz, ta co ostatnio Konkurs Y wygrała i swój tomik wydaje... Ty wiesz co? Ta to dopiero jest sucza! Że niby taka fafa-rafa, a jak się odwrócisz, to zaraz ten-teges...
Dowartościować się. Choć raz na jakiś czas, zwłaszcza po Wielkanocy, której nigdy nie lubiłam, a którą teraz przestałam nawet darzyć szacunkiem (zwłaszcza odkąd popłynęłam z falą uwielbienia dla filmów o zombie). Btw. kiedy słyszę zwrot „odchamiać się” mam ochotę pluć, palić, grabić i mordować. Jak jesteś takim chamem, to oglądanie wystawy sztuki nowoczesnej albo koncert w filharmonii nie pomoże ci w wyplenianiu nawyków złego wychowania, takich jak niemówienie proszę czy dziękuję itp., bo chamstwo nie sprowadza się do nieobycia z kulturą w postaci wydarzeń artystycznych (choć niewątpliwie jest to część definicji).
poniedziałek, 27 lutego 2012
Is that alright?
I give my gun away when it's loaded,
If you don't shoot it, how am I supposed to hold it?
Damien Rice, „9 crimes”
Od jakiegoś czasu czuję, że tracę kontrolę nad swoim życiem. Przez kilka godzin nie mogę zasnąć, a jak już to zrobię, to nie mogę się obudzić, choćbym nie wiem ile budzików ustawiła. Kiedy już jakimś cudem się obudzę na czas, żeby np. pójść na zajęcia albo zdążyć coś załatwić na mieście, nie mogę się zebrać, żeby chociażby się ubrać. Odwlekam wszystko do momentu, aż jest już za późno na zrobienie czegokolwiek pożytecznego. Żadnej nauki, grania lub śpiewania, żadnego sprzątania, gotowania, wynoszenia śmieci. Nawet nie zadzwonię po pizzę, bo boję się rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza przez telefon. W ogóle zrobienie jakiejkolwiek rzeczy poza zapaleniem papierosa i układaniem kolejnych pasjansów zdaje się ostatnio mnie przerastać. Za mną cała seria porażek, które ciągle rozpamiętuję, przede mną natomiast szereg spraw czekających na rozwiązanie. Piętrzy się przede mną stos zaległych zobowiązań, a im bardziej próbuję się zmusić do wypełnienia choćby jednego, tym bardziej nie jestem w stanie się do tego zmobilizować.
Przestałam spotykać się z innymi ludźmi, wyjątkiem jest tylko Michał, ale przecież mieszkamy razem. Na początku nawet jakoś usprawiedliwiałam swoją nieobecność na spotkaniach towarzyskich: mówiłam, że boli mnie głowa (i chyba faktycznie zaczynała mnie wtedy boleć, chociaż pewności nie mam) albo że nie zdążę (nic dziwnego, skoro całymi dniami siedzę w piżamie i nie jestem w stanie wysłać się do łazienki, żeby umyć głowę). Teraz mówię tylko: nie chce mi się, za daleko. Albo: nie chce mi się, jest już późno, a jutro muszę wcześnie wstać, bo mam zajęcia rano. A potem na te zajęcia nie idę. Bo najpierw nie jestem śpiąca, potem nie mogę zasnąć, następnie budzę się dużo za wcześnie i znów nie mogę zasnąć, po czym zasypiam i budzę się koło południa albo jeszcze później. I choćbym nie wiem jak długo spała, ciągle jestem śpiąca. Oczywiście, z wyjątkiem godzin, kiedy normalni ludzie śpią.
Płaczę bez powodu. Za chwilę jestem czymś podekscytowana. Podekscytowanie zamienia się w niepokój.
Pieprzona huśtawka.
Wczoraj wróciłam z odwiedzin w domu. Kiedyś jeździłam tam co dwa tygodnie albo co tydzień. Ostatnio ten czas wydłużył się do miesiąca albo dwóch. Zawsze znajdzie się jakaś wymówka w ostatniej chwili. Moja mama bardzo się zdziwiła, kiedy przyjechałam – mimo mojego telefonicznego zapewnienia, że przyjadę – bo przecież co tydzień mówię, że przyjadę, a potem mi coś wypada, więc już nawet nie wierzyła w moje zapewnienia.
Co się ze mną, do kurwy nędzy, dzieje?
Subskrybuj:
Posty (Atom)