No więc, moje życie towarzyskie i prywatne prawie nie istnieje. Mój facet zdaje się mieć mnie totalnie w dupie (chociaż wolę myśleć, że po prostu jest przepracowany, w końcu urabia się po łokcie od świtu do nocy, a do tego jeszcze tworzy coś wspaniałego, w końcu ma możliwość wykazać się w teatrze i widać, że to naprawdę zaprząta jego umysł), od czasu wernisażu, o którym tutaj nie wspomniałam (nie mojego, niestety, ale jeszcze nic straconego!), nigdzie nie byłam ze znajomymi - jeśli nie liczyć całego dnia spędzonego w kinie i na zakupach z ukochaną kuzynką, oczywiście - i w ogóle jakiś taki marazm, a do tego już oficjalnie mogę powiedzieć, że mam stwardnienie rozsiane. ALE. Ale i tak jest dobrze. Naprawdę. W tej chwili moje myśli gnają z taką prędkością, że powinnam zapiąć pasy bezpieczeństwa, ale to tylko myśli, więc po prostu próbuję je tutaj przelać. Niby jest chujowo, ale jakoś wcale tego nie czuję, wręcz przeciwnie: czuję się szczęśliwa i pełna energii. Mam chyba z gazylion pomysłów, moja bratnia dusza z drugiego końca Polski (chyba nieświadomie, co jest jeszcze lepsze) ciągle stawia przede mną nowe wyzwania, kumpel równie nieświadomie cały czas mnie mobilizuje do szlifowania swoich umiejętności ("Ale zajebista praca! Też bym chciała tak umieć! Ej, zrobię coś lepszego!"). W ogóle jakoś tak mi świeżo. Wcześniej nic mi się nie chciało, a teraz nie wiem, w co ręce włożyć. Co prawda, powinnam się raczej wziąć w pierwszej kolejności za projekty na zaliczenie, w końcu ilustracje na struktury wizualne i cała reszta same się nie zrobią, a to już kwiecień, ale hej - zadanie domowe nie zając, i tak je będę musiała zrobić, a przecież pracowanie pod presją czasu zawsze wychodziło mi najlepiej. Trochę przeraża mnie jedynie wizja moich prac na grafikę warsztatową, bo parę zajęć mi uciekło i tak trochę jestem w dupie z tego przedmiotu, ale nie tracę nadziei, że przy odrobinie typowo polskiej kombinatoryki (nie mylić z działem matematyki) i tak mi się uda.
Trochę przeraża mnie jeszcze własnoręczne robienie sobie zastrzyków z betaferonem, zwłaszcza gdy przychodzi kolej na ich aplikację w brzuch, ale powoli się oswajam z tą nową rzeczą, z którą teraz będę musiała żyć, mimo że przez iniekcje co drugi dzień czuję się jak gówno. Pocieszam się tym, że inni mają gorzej. No bo naprawdę: nie dość, że bardzo szybko dostałam się do programu leczenia (zdaje się, że czekałam niecały miesiąc, podczas gdy niektórzy czekają nawet latami!), to jeszcze mam duże wsparcie w kilku osobach (już nie wspominając o tym, że nagle rodzice zaczęli mnie rozpieszczać, co w ogóle mi nie przeszkadza). No i strzykawki to dość chwytliwy temat do zdjęć, co już zdążyłam wykorzystać i z pewnością nie omieszkam wykorzystać ponownie, ale to już może jak trochę lepiej będę ogarniać swój aparat, bo na razie sprzęt, oko i chęci są, ale za to umiejętności leżą i kwiczą. W każdym razie, chciałam się pochwalić, że mam zajebiście dużą motywację do działania. W końcu robię to, co lubię. Rysuję, maluję (tak, tak! o dziwo, bardzo polubiłam malowanie, a taka przecież zawsze sceptyczna w tej dziedzinie byłam, pewnie dlatego, że machanie pędzlem nigdy mi nie wychodziło, a tu - proszę, niespodzianka! nie jest z tym u mnie tak źle), fotografuję (kiepsko, bo kiepsko, ale mam swoje chwile), mam koncepcję na dwa komiksy i dwie powieści, a jak się uda, to niedługo zacznę jeździć konno. Jeszcze zostaje mi tylko przekonać mamę, żeby mi zasponsorowała lekcje gry na skrzypcach, bo Padme (moje skrzypce) nadal leżą odłogiem, a bardzo mi się to nie podoba. Zwłaszcza, że ostatnio znowu złapałam zajawkę na Vitamin String Quartet.
No proszę, i flow na pisanie mi się skończyło, rychło w czas. Wracam do robienia ilustracji na bloga, może za jakiś czas znowu coś tu naskrobię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz