Właśnie miałam się poużalać nad smutną dolą dziecięcia wracającego ze studenckiej emigracji na łono rodziny, ale nagle zorientowałam się, że pokój, który dzielę z bratem, opustoszał na trochę, nie muszę więc siedzieć dłużej w kuchni, która – choć przestronna i naprawdę ładna, ładna w stylu rustykalnym, więcej dobrego niestety wyłuskać nie umiem – od kilku dni bywa moim dość wybrakowanym azylem. Jedynym jej (kuchni) plusem jest to, że przeważnie nikogo tam nie ma. I tyle. Drzwi, niestety, również nie ma, nic więc nie izoluje dźwięków telewizora z sąsiedniego pokoju tzw. stołowego, który pełni funkcje jadalni, salonu i sypialni moich rodziców jednocześnie, a wszystko to na naprawdę niewielkiej powierzchni, Chińczycy i Japończycy powinni uczyć się sztuki aranżacji wnętrz od mojej mamy, żadne feng shui nie da ci tyle satysfakcji.
Siedzę więc na nieziemsko niewygodnym fotelu sypialnym (rozkładane łóżko, model dla studentów, młodych małżeństw lub rodzin z małym metrażem, łapię się na wszystko poza środkową pozycją), jednym z dwóch mebli, którymi zastąpiono nasze (moje i brata) śliczne i niesamowicie wygodne łóżka z sosnowego drewna, na których spaliśmy tyle lat, a które zastąpiono w imię oszczędzania wspomnianego wcześniej nikczemnego metrażu oraz w celu zmodernizowania wystroju pomieszczenia, w którą to (modernizację) dość trudno mi uwierzyć, bo fotele wyglądają dość paskudnie. Równie paskudnie śpi się na jednym z nich mojemu tłustemu, sfatygowanemu ciału o niemoralnie krzywym i napierdalającym kręgosłupie, który to pion kostny po jednej „przespanej” na tym wybryku furnitury nocy napierdala mnie jeszcze bardziej. Zaczynam się gubić, bo wróciła część rodziny, która uprzednio pomagała naszemu całodziennemu gościowi (chyba-dziewczyna brata) wymienić koło w samochodzie i znów zrobił się rwetes, gwar i harmider. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzę tak cudownie akustycznego mieszkania, w którym (uwaga, true story) po kichnięciu można usłyszeć staropolskie na zdrowie i podziękować, a potem zorientować się, że przecież w domu nikogo nie ma, a zdrowia życzy nam usłużny sąsiad zza ściany. Zaraz chyba znowu będę musiała się wynieść do kuchni, bo kochany braciszek zapewne lada moment wejdzie do pokoju (trzaskając drzwiami) i kulturalnie mnie poprosi (drąc mordę), żebym wyłączyła komputer, bo on ma na rano do pracy. I ekran mu w oczy świeci, a on spać nie może (brat, nie ekran).
Stopniowe deprecjonowanie
Stopniowe deprecjonowanie
Ale właściwie to nie o tym chciałam pisać, choć niewątpliwie wszystko to wpisuje się w mój świąteczny kanon. Jakoś bym to przebolała może, gdyby święta miały dla mnie jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Niestety, od jakiegoś czasu nie mają. Może to wpływ zmiany trybu życia – była uczestniczka, a później przez jakiś czas nawet animatorka i precentorka oazy, która obecnie unika chodzenia do kościoła (lub po prostu zapomina o). Albo skutek codziennej, nienachalnej i zabawnej agitacji pewnego sarkastycznego ateisty, z którym zdarzyło mi się mieszkać, i wspólnego bluźnienia (Matka Boska Wolnostojąca, Matka Boska Nienawistna, Matka Boska Bezdzietna, Matka Boska Od Siedmiu Boleści etc., etc.). W każdym razie, jakoś tak się stało, że do kościoła chodzić mi się nie chce i strasznie dużo wątpię w to, w co kiedyś bezgranicznie wierzyłam, a słowa księży i zachowania przywódców religijnych, które były mi kiedyś przynajmniej obojętne, teraz mierżą mnie bardzo i bawią niesłychanie, do tego stopnia, że kiedy już w taki Wielki Piątek zdarzy mi się być na nabożeństwie, muszę użyć całej tej parodii siły woli, jaką posiadam, by nie parsknąć śmiechem lub nie nabawić się zakwasów mięśni oczu od przewracania powyższymi. Już samo przebywanie w kościele, które dawniej było dla mnie tylko odrobinę nudne, teraz wzbudza we mnie tak ogromną niechęć, że wolę się (tak jak dzisiaj) powłóczyć po mieście z (notabene, cholernie ciekawą) książką zadufanego w sobie artysty o szerokim spektrum myślenia, niż przesiedzieć-przestać-przeklęczeć te czterdzieści minut mszy.
Najbardziej wkurzające jest to, że cała ta sytuacja jest stanem zawieszenia. Jeszcze żaden ateista nie przekonał mnie całkowicie o słuszności swojej niewiary. Z drugiej strony, nic, co powie mi jakikolwiek chrześcijanin, nie przywróci mi wiary w instytucję kościoła. W Boga chyba nadal wierzę. Chyba – no bo skąd mam mieć pewność, czy to naprawdę wiara, czy też tylko wpojony mi dawno temu zbiór dogmatów, do którego się przyzwyczaiłam? Chciałabym, żeby ktoś już mnie do czegoś przekonał. Albo nawet zdecydował za mnie. Wóz albo przewóz, a nie taka inercja. Może mógłby mi coś wyjaśnić Nietzsche, Cioran, Kołakowski, mistyczny Słowacki czy kto tam jeszcze, ale, jak już wspomniałam, moja siła woli jest jedynie krwawą kpiną i nie jestem w stanie zmusić się do czytania tworów, które nie są mdłą papką dla nastolatek. Chociaż, skoro już przy tym jesteśmy, nawet ta gałąź przemysłu rozrywkowego, jaką są chłamowate książki dla mrocznych trzynastek, nie zapewnia mi już dziennej dawki bezpiecznego oderwania od rzeczywistości. Na moje szczęście i nieszczęście, w porę i nie w porę (że tak pozwolę sobie zadworować z poety Tkaczyszyna-Dyckiego z tych Dyckich) przypomniałam sobie o istnieniu anime (fakt, że tych ciekawych i z dobrą kreską jednocześnie zaczyna mi brakować, to już materiał na inny elaborat o moich zmartwieniach). Wracając do ambitnych czytadeł (choć tu się ze mną zgodzą jeno nieliczni, znaczy – z samym założeniem, że poezja to dział literatury ambitnej, ale nie uprzedzajmy faktów) – wierszy też już nie czytam, nie licząc tych nielicznych przypadków, kiedy muszę zrecenzować książkę. Nie umiem tego pojąć na pierwszy rzut oka, a jakoś niczyja dykcja nie interesuje mnie na tyle, żeby spróbować rzucić drugi raz, zwłaszcza, że wzrok już nie ten. Jeśli już pada mi na mózg i dobrowolnie biorę się za poezję, słowa natchnionych poetów lub przyjebanych wierszokletów są dla mnie jak miedź brzęcząca lub jako cymbał brzmiący. W sensie
– wszystko ładnie, zgrabnie brzmi, ale sensu nie ma w tym za grosz.
„Kumoterstwo i profitariat” w wersji deluxe
Tych ostatnich – czyli cymbałów – nasłucham się pewnie sporo na nadchodzącym Porcie Literackim. Witaj, z dawna oczekiwany festiwalu osobliwości! Wprost nie mogę się doczekać tych zadufanych, alternatywnych i aroganckich osobistości. Potem osobistości i prawdziwi artyści (z tych ostatnich teraz nie szydzę, dlatego czuję się w obowiązku dodać ten przypis) się schleją i będą sobie schlebiać i uwłaczać, dusząc się w sosie swojej zajebistości w którejś z knajp. A my, maluczcy widzowie i słuchacze, razem z nimi, potakując lub uciekając wzrokiem. Więc dlaczego tak? Dlaczego tam idziemy, rok po roku, wiedząc, co zastaniemy? No cóż, nie mogę mówić za innych, napiszę więc za siebie, choć to się pewnie pokrywa. Żeby posłuchać na żywo tych dwóch-trzech autorów, którzy naprawdę mnie interesują, i żeby poczuć się ambitnie, elitarnie i inteligentnie. Ho ho, Zosiu, a czy ty wiesz, gdzie ja wczoraj byłam? Nie? To ci powiem, posłuchaj tylko! Na festiwalu literackim! Prawdziwych literatów widziałam! O, i tych nieprawdziwych też! Ale wiesz, Krysiu, i jedni, i drudzy, to tacy pretensjonalni są. He, he. No, ale nic to, trochę kultury łyknęłam, świata zaznałam, na salonach byłam! Trzeba się odchamiać, he, he. A ta X, no wiesz, ta co ostatnio Konkurs Y wygrała i swój tomik wydaje... Ty wiesz co? Ta to dopiero jest sucza! Że niby taka fafa-rafa, a jak się odwrócisz, to zaraz ten-teges...
Dowartościować się. Choć raz na jakiś czas, zwłaszcza po Wielkanocy, której nigdy nie lubiłam, a którą teraz przestałam nawet darzyć szacunkiem (zwłaszcza odkąd popłynęłam z falą uwielbienia dla filmów o zombie). Btw. kiedy słyszę zwrot „odchamiać się” mam ochotę pluć, palić, grabić i mordować. Jak jesteś takim chamem, to oglądanie wystawy sztuki nowoczesnej albo koncert w filharmonii nie pomoże ci w wyplenianiu nawyków złego wychowania, takich jak niemówienie proszę czy dziękuję itp., bo chamstwo nie sprowadza się do nieobycia z kulturą w postaci wydarzeń artystycznych (choć niewątpliwie jest to część definicji).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz